Bez litości

Iwona MarciniakZaktualizowano 
Podczas wizji lokalnej nie strugali już chojraków. Wcześniej wszyscy byli znani policji. Karol Skiba
- 10 lat?! To kpina! Dożywocie to dla nich za mało! Karę śmierci dla bandytów! - podczas czwartkowej wizji lokalnej rosnąca grupa przechodniów faluje nerwowo.

Policjanci pilnie śledzą każdy ruch starszych i młodych ludzi, którzy widząc policyjne wozy i rozpięte taśmy, zajrzeli między garaże. - Boże, przecież oni nie bili, tylko masakrowali tego biedaka, jak można karać ich za pobicie? - głos siwej kobiety w kapeluszu ledwo przebija się przez groźny pomruk.

Wizja lokalna trwa. Czterej niewysocy, ciągle bardziej chłopcy niż mężczyźni, nie patrzą na stojących w oddali ludźmi. Przyprowadzani kolejno, mówią coś do policyjnej kamery i teraz z dużym oporem pozorują swoje ruchy sprzed trzech dni. Jeden uderza w plecy niesionego przed nim manekina. Następny uderza pięścią i kopie leżącego już manekina. - Bestie! - krzyczy ktoś z tłumu.

Śpieszył się do domu

Szczupła sylwetka, długie włosy. U boku ukochany mieszaniec boksera z sznaucerem o imieniu Daf. To zdjęcie udostępnił nam przyjaciel Mariusza, Sebastian. Zostało zrobione przed kilkunastu laty, ale przyjaciele najczęściej zapamiętają Mańka właśnie takiego.

Tego dnia przyjaciele Sebastian i Mariusz wyjątkowo nie pracowali razem. Mariusz malował mieszkanie przy Artyleryjskiej, raptem parę kroków od siedziby budowlanej firmy. - Gdy wróciłem, był już gotów do wyjścia. Powiedziałem do niego: zaczekaj trochę, to wyjdziemy razem - Sebastian w skupieniu odtwarza wspomnienia ostatniego poniedziałku. - Rzucił mi, że się śpieszy. Chciał szybciej być w domu, żeby rozpalić w piecu. Bo z tym jego piecem zawsze było wiele zachodu. Robił z tego rozpalania prawdziwą celebrę. Umówiliśmy się, że jak się tylko umyję i przebiorę, ruszę prosto do niego. Rzuciliśmy sobie zdawkowe "na razie" i wyszedł.
Do mieszkania w porcie 35-letni Mariusz G., ojciec dwójki dzieci, miał niezły kawałek drogi, ale od czego skróty? Za mostem na Łopuskiego zawsze zbiegał schodami na bulwar nad Parsętą. Potem jeszcze tylko parę kroków koło biblioteki, krótki odcinek między garażami na Frankowskiego i już był przed Biedronką na Wojska Polskiego. Tu - szybkie, najpotrzebniejsze zakupy i - prawie prosta droga do domu. Nad Parsętą codziennie musiał mijać stałych rezydentów bulwaru: okolicznych, niegroźnych amatorów najtańszych trunków. Mogło się zdarzyć, że poprosili o papierosa, ale nigdy nie byli groźni. Zresztą co mogłoby ich sprowokować do zaczepek w szczupłym, lekko przygarbionym, maszerującym charakterystycznym długim krokiem, młodym mężczyźnie z plecaczkiem, w nasuniętej na głowę wełnianej czarnej czapce?
- Przyszedłem do Mariana, ale w domu nikogo nie było - mówi dalej Sebastian, wpatrując się w podłogę. - Mam klucz. Siadłem na jego zydelku w korytarzu i czekałem. Pomyślałem, że rozpalę mu w tym piecu to będzie miał niespodziankę. Ale coś długo nie przychodził. Ile można siedzieć w sklepie? - myślałem. Zadzwoniłem na jego komórkę, raz, drugi… Nie odbierał. Potem ta komórka zamilkła.

Szukali ofiary

- Widziałam tę bandę jeszcze przed godz. 16 na placu 18 Marca - zaczyna od progu roztrzęsiona młoda kobieta, która w środę rano odwiedziła naszą redakcję. - Było ich z sześciu. Szarpali się nawzajem, krzyczeli, przeklinali. Jeden z nich z całej siły kopnął parkowy śmietnik. Przestraszyłam się. To nie byli poszturchujący się młodzi ludzie. Pewnie dlatego wybiłam w swojej komórce numer 112. Ale nie zadzwoniłam. I teraz nie mogę spać, bo gdybym to zrobiła, ten mężczyzna może by nie zginął … - kończy zdławionym szeptem. Kto inny widział jak jeszcze wcześniej, niedaleko dworca, sześciu czy siedmiu młodych ludzi w kapturach tłukło pięściami przypartego do muru, przerażonego mężczyznę: - "Dawaj kasę skur……!" wrzeszczeli - opowiada rybak z Kołobrzegu. - Jestem kawał chłopa, nie boję się. Podszedłem, do drani i zawołałem, że mają natychmiast dać mu spokój.Obrzucili mnie obelgami, ale odeszli…
Policja ustaliła, że 17-letni Andrzej K. spod Dygowa, 21-letni Robert K. z Dębogardu, 19-letni Krystian W. z Połczyna Zdroju, cztery lata od niego starszy Łukasz W. z Sarbi i 18-letni Kamil T. Gorawina, lekko upośledzeni umysłowo, pili razem od rana. Pierwsi czterej zamiast pójść na zajęcia w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym przy ul. Piastowskiej w Kołobrzegu, wybrali wagary. Piąty, Kamil T., już nie uczy się w tej szkole. Najpierw pili nad morzem. W trakcie przesłuchań przyznali, że wypili nawet po sześć do ośmiu puszek piwa. Dodatkowe badanie krwi ma wyjaśnić, czy nie brali też narkotyków. - Potem przetoczyli się przez miasto, żeby dotrzeć w końcu w okolice garaży nad Parsętą - mówi komendant powiatowy policji w Kołobrzegu, Ryszard Kojder. Z relacji świadków wynika, że zachowywali się tak, jakby szukali ofiary. Być może jeszcze bardziej rozjuszyło ich to, że w Biedronce przy Wojska Polskiego nie sprzedano im piwa. - Byli pijani, agresywni, szarpali kogoś - potwierdza Marcin, pracownik sklepu. Prawdopodobnie z Biedronki dotarli na murek przy garażach.

Zakatowali

W opinii psychologa:

Jaki może być powód takiego zwyrodnienia i takiej agresji? Zapytaliśmy o to Włodzimierza Wawrzynowskiego, psychologa, biegłego sądowego z Koszalina:
- Istnieje koncepcja psychologiczna frustracji - agresji. Mówi ona, że człowiek nie mogący zaspokoić jakichś istotnych dla siebie potrzeb reaguje agresją. Jeżeli do tego dołączają używki, dochodzi do ograniczenia kontroli pracy mózgu. Jeżeli sprawcy są mniej sprawni intelektualnie, to ta kontrola jest tym bardziej ograniczona. Nie oznacza to oczywiście, że odpowiedzialność karna takich osób jest mniejsza. Musimy również pamiętać o silnym wpływie grupy rówieśniczej. Człowiek w grupie funkcjonuje inaczej niż indywidualnie. Chce uchodzić za twardego, silnego. Tu zaczynają rządzić prawa psychologii tłumu. Ludzie w takiej sytuacji nawzajem się pobudzają. Wynikających z tego wydarzeń, nikt nie jest w stanie kontrolować. (ima)

Nawet najbardziej zaprawieni w bojach kołobrzescy policjanci nie widzieli tak skatowanej ofiary. Bandyci nie bili długo, ale zrobili to tak, że Mariusz skonał zanim z odległego o kilkaset merów szpitala nadjechała karetka. Wezwali ją przerażeni świadkowie bestialskiego bicia człowieka leżącego na ziemi przy garażach. Podobno próbował się bronić, ale przy czterech napastnikach zachowujących się jak rozjuszone zwierzęta, nie miał najmniejszych szans. Bili go pięściami i kopali po całym ciele. Ktoś twierdzi, że widział, jak jeden z bandytów skakał leżącemu po głowie. Policjanci znaleźli przy zakatowanym mężczyźnie dokumenty, ale mieli problem z jego identyfikacją. Do akcji ruszyło natychmiast ok. 20 funkcjonariuszy. W nieco ponad trzy godziny czterech bandytów siedziało już w izbie zatrzymań. Wpadli, bo po zabiciu Mariusza wcale nie rozpierzchli się w przerażeniu. Wręcz przeciwnie, całą grupą, ciągle pobudzeni, dalej szukali zaczepki. Do ich zatrzymania przyczynił się właściciel samochodu, w którym jeden z bandziorów kopnięciem wyłamywał boczne lusterko. Kiedy właściciel ruszył z interwencją, omal nie podzielił losu Mariusza. Na szczęcie z pomocą przyszli mu dwaj inni mężczyźni. Wspólnie zatrzymali pierwszego z bandytów. Trzej kolejni wpadli w ręce policji w okolicach dworca. Kamil T. zdążył dojechać do domu w Gorawinie. Policja zatrzymała go następnego dnia.

Normalni uczniowie

Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dwa lata temu przeniesiono z Grzybowa do Kołobrzegu. Działa w ramach Zespołu Szkół Mechanicznych przy ul. Piastowskiej. W ośrodku młodzi ludzie - z orzeczeniem o lekkim upośledzeniem umysłowym - mogą ukończyć gimnazjum i zasadniczą szkołę zawodową. Mają też prawo do nauki drugiego zawodu. Mogą się tu uczyć do 24. roku życia. - Proszę pamiętać, że to nie jest młodzież trafiająca tu za złe zachowanie czy za jakąkolwiek karę - podkreśla mocno dyrektorka ZSM, Hanna Cupiał. Pytana o aresztowanych uczniów, załamuje ręce: - Nie możemy w to uwierzyć. Wszyscy jesteśmy zszokowani. W naszej ocenie, wnioskując po tym jak zachowywali się w szkole czy internacie, jakie mieli wyniki w nauce, byli zupełnie przeciętnymi uczniami. Na przykład Andrzej - opinia, którą niedawno wystawił mu wychowawca z wieloletnim doświadczeniem, brzmi jak laurka. Grzeczny, kulturalny wobec pedagogów, wyróżniający się wynikami w nauce, zadbany. A przecież to najstarszy syn kobiety z małej wioski, samotnie wychowującej piątkę dzieci. - Zawsze zatroskanej tym, co dzieje się z synem, cały czas z nami współpracującej - zaznacza dyrektorka. Znacznie trudniej było Robertowi. Chłopak robił wrażenie, że bardzo chce się wyrwać z patologicznej, alkoholowej matni, w której tkwiła jego rodzina. Robert chciał być ślusarzem. Trzech spośród zatrzymanych uczniów usunięto za naruszenie regulaminu z internatu. Łukasz W. został zawieszony w prawach mieszkańca internatu. - Za wagary - wyjaśnia H. Cupiał. Andrzej K. opuścił internat po tym, gdy wychowawca wyczuł od niego alkohol. Podobnie odbywający tu tylko zawodowy kurs uczeń ośrodka w Połczynie Zdroju, Krystian W. W jego przypadku wychowawców zaniepokoiło coś jeszcze: miał zły wpływ na resztę wychowanków.

Chciał rządzić.

Uczniowie spotykani przed szkołą ciągle komentują poniedziałkowe wydarzenia: - W szkole czy internacie to oni byli w porządku. Ale na ulicy, kiedy chodzili razem, lepiej było nie wchodzić im w drogę słyszymy.
Maniek
Kiedyś nosił się w bardziej punkowym stylu. Teraz nie wyróżniał się niczym szczególnym. Obciął nawet charakterystyczne, długie do ramion włosy. Mariusz, dla przyjaciół Maniek. Dla Sebastiana - Marian. Dusza człowiek. Spokojny. Trochę wycofany. Trochę jąkający się. Uważny słuchacz, nie strzępiący po próżnicy języka. - Kiedy rozmawialiśmy z kimś kto plótł jakieś brednie, wystarczyło, że powiedział jedno celne zdanie i trafiał w punkt. Czasem w ogóle nie musieliśmy rozmawiać. Wystarczyło jedno spojrzenie - opowiada przyjaciel Mariana, Sebastian. Każdy, kto choć trochę znał Mańka, dorzuca, że całkiem nieźle radził sobie z basową gitarą. Był fanem zespołu Rush. No i miał talent do wszystkiego co związane ze sztuką. Na jego olejnych obrazach pojawiało się to, co rodziło się tkwiącej bliżej chmur niż ziemi, Mańkowej głowie. Próbował sił w ceramice.
Przyszłą żonę poznał, gdy przyjechała do Kołobrzegu na wakacje z Myszkowa pod Częstochową. Przez ostatnich pięć lat, już z dzieciakami, sześcioletnią córeczką i trzyletnim synkiem, mieszkali u jej rodziny. Bo w rozpadającym się, czekającym na rychłą rozbiórkę mieszkaniu, w dzielnicy portowej, można było najwyżej spędzić lato. - Ale Marian tęsknił za Kołobrzegiem. Chciał wrócić. On był stąd. Tu się urodził - mówi Sebastian. Szansą na powrót, i to z całą rodziną, było wreszcie nowe, socjalne mieszkanie. W oddanych zaledwie miesiąc temu, zaadaptowanych starych koszarach. Już Marian umiałby zadbać o to, żeby to mieszkanie miało klimat. Przez ostatnie miesiące mieszkał w Kołobrzegu. Chciał na miejscu dopilnować wszystkich formalności. No i wykończyć ten nowy kąt, nim przyjedzie rodzina.
Zabili za nic
- To się po prostu w głowie nie mieści - mówi Wojtek Sabała, dzierżawca klubu muzycznego Latarnia Morska. - Znam Mańka. To znaczy znałem… Ten człowiek nie miał w sobie cienia agresji! Zaczepiany, nawet pewnie niczego by nie odpowiedział. Nie jestem w stanie pojąć tego co się stało. Niech teraz te gnidy staną przed jego dzieciakami i wytłumaczą, dlaczego już nigdy nie zobaczą taty! - nie wytrzymuje.
Z policyjnych ustaleń wynika, że Mariusz zginął zupełnie bez powodu. Chyba, że za powód uznać to, że pijany Andrzej K. miał się na niego zatoczyć i obaj otarli się barkami. - Nie macie gdzie pić?- miał rzucić Mariusz. Wtedy Andrzej K. wymierzył pierwszy cios w plecy, po którym Mariusz upadł.
W czwartek Andrzej K., Robert K., Krystian W. i Kamil T. trafili do aresztu. Przed nimi na początek trzy miesiące za kratkami. Jak ustaliła policja, Łukasz W. nie brał bezpośredniego udziału w katowaniu Mariusza. Ma występować w charakterze świadka. Pozostałej czwórce postawiono wspólny zarzut pobicia ze skutkiem śmiertelnym. Dalsze śledztwo ustali kto jak bił i w jakim stopniu przyczynił się do śmierci Mariusza. Maksymalnie grozi im 10 lat. - Niestety, takie mamy prawo - komentuje jeden z obecnych przy wizji lokalnej policjantów. - Oby nie skończyło się na wyrokach po pięć lat, bo za dwa i pół roku będą na wolności… - dodaje.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

(Anonimowy)

czy ktoś mi powie, czym sie rozni zabojstwo od pobicia ze skutkiem smiertelnym? bo dla mnie to jedno i to samo...

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3