Boże Narodzenie po polsku. Od II RP do stanu wojennego

Witold Głowacki
Boże Narodzenie po polsku. Od II RP do stanu wojennego
Boże Narodzenie po polsku. Od II RP do stanu wojennego pixabay/zdj. ilustracyjne
Jak wyglądały polskie święta w XX wieku? Zapraszamy w historyczną podróż od 1918 do 1981 roku.

Epidemia hiszpanki, niemieckie patrole na ulicach albo i ZOMO przy koksownikach, Dziadek Mróz zamiast Świętego Mikołaja. Do tego gęś z czarnego rynku, schab na kartki albo karp spod lady. Dwudziestowieczne polskie święta Bożego Narodzenia zdecydowanie nie zawsze były radosne i spokojne. A jednak Polacy zawsze je obchodzili, choć niejednokrotnie samo zdobycie produktów na wigilijną wieczerzę było drogą przez mękę.

1918

Pierwsze Boże Narodzenie wolnej Polski świętowano ledwie półtora miesiąca po odzyskaniu niepodległości i zarazem zakończeniu I wojny światowej - a zatem w atmosferze tyleż radosnej, co pełnej niepokoju o przyszłość. W Poznaniu były to dosłownie ostatnie chwile przed wybuchem powstania wielkopolskiego, w Warszawie wciąż zmagano się z licznymi niedoborami po niemieckiej okupacji, na wschodzie kraju nie bardzo zaś było wiadomo, którędy tak naprawdę będą przebiegać granice, podobnie rzecz miała się na Śląsku czy Warmii. W stolicy szalała epidemia hiszpanki - grudzień 1918 roku to właśnie jej apogeum. Śmiertelność wśród chorych wynosiła od 5 do 10 proc.

Wszystkie regiony kraju łączyła zaś powojenna bieda. Brakowało niemal wszystkiego - od żywności, przez opał na zimę, aż po wszelkie towary kolonialne czy luksusowe. A jednak Polacy potrafili pamiętać wtedy o słabszych i ubogich. „Mam 50 kg przedniej mąki. Zapraszam kobiety do pieczenia chleba z przekazaniem całkowitem na cel dobroczynny” - takie ogłoszenie ukazało się przed świętami w „Kurierze Polskim”. Wydawca opublikował je bezpłatnie, o czym nie omieszkał poinformować.

W Warszawie, przy placu Wareckim (obecnie plac Powstańców Warszawy) stanęła olbrzymia choinka. Rozdawano przy niej prezenty z publicznych zbiórek dzieciom z biednych rodzin i sierotom wojennym. Można też tam było dostać ciastko, jabłko czy też zupę. Uruchomiono również wiele innych punktów pomocy. Wystawiano liczne szopki wigilijne.

Ale nie dało się zapomnieć, że I wojna światowa skończyła się dopiero przed chwilą. Na stołach wciąż pojawiały się różne wojenne erzace - od margaryny po „kawę” z cykorii. Skompletowanie pełnego świątecznego menu było jak najbardziej możliwe - ale wymagało naprawdę sporych wydatków.

Co ciekawe, pewne świąteczne obyczaje sprzed setki lat naprawdę mocno różniły się od tych współczesnych. Podczas wigilijnej wieczerzy nie jedzono karpia, który w tamtych czasach był specjalnością kuchni żydowskiej. Za ryby godne świątecznego stołu uchodziły szczupak albo sandacz. Pierogi z kapustą jadano głównie na Kresach, w niektórych regionach były wręcz nieznane. Z kolei szklane bombki na choince były uważane za „nowomodny niemiecki wymysł”. Ba, w dobrym tonie było wieszanie na choince wyłącznie ozdób pochodzących z Polski.

1939-1945

Dominował smutek, czasem strach. Ale okupacyjne święta były przede wszystkim bardzo ubogie. Mimo rekwizycji i kontrybucji nakładanych przez Niemców na chłopów, na wsi sytuacja - przynajmniej jeśli chodzi o żywność - była znacząco lepsza niż w miastach i niewiele różniła się od tej przedwojennej. Tymczasem w Warszawie czy Krakowie rządził czarny rynek - słono płacąc, można było kupić mięso czy rybę. Ale w okresie przedświątecznym ceny były przerażająco wysokie - kilogram schabu wyceniano na 100 zł, a gęś na 500. Wielu Polaków pracując przez miesiąc, zarobiłoby wówczas w najlepszym razie na jedną gęś.

Oficjalny przydział żywnościowy na święta wyglądał następująco: 1 kg chleba, 500 g cukru, 100 g oleju, 3 jaja i 250 g miodu sztucznego na osobę. Na tym musiał się oprzeć każdy, kto nie miał pieniędzy lub kosztowności na zakup żywności od paskarzy.

Powstawały więc niezwykle pomysłowe przepisy. Zamiast potwornie drogiego szczupaka czy sandacza, można było przyrządzić faszerowaną rybę… bez ryby, z soi i jajek. Furorę robił przepis na zupę grzybową z grzybowymi uszkami, do której przyrządzenia potrzeba było ledwie 4 deko suszonych grzybów, tyle starczało, by nadać smak, a kwestię farszu załatwiała kasza z siekanymi grzybami - tymi samymi, z których powstał wywar. Cenione były stynki - względnie dostępne w handlu maleńkie kilkucentymetrowe rybki. Z ich mięsa można było uformować nawet całkiem sporą „rybę” na świąteczny stół. Pierniki pieczono, używając marchwi zamiast miodu. Jajka do ciast zastępował proszek jajeczny.

W miastach niełatwo było nawet o choinkę. Okupacyjne wspomnienia warszawiaków roją się od opowieści o wycinaniu ich np. w Lasku Bielańskim czy Lasku na Kole. Ponieważ Niemcy wprowadzili w okupowanej Polsce godzinę policyjną, powstał zasadniczy problem z pasterką, wyprawa do kościoła o północy groziłaby rozstrzelaniem. Wybrnięto z tego, przenosząc mszę na wczesny ranek. To z kolei powodowało, że niektóre rodziny celebrowały wigilijną wieczerzę aż do świtu. We wspomnieniach przewija się to jako nadspodziewanie miłe doświadczenie.

Rzecz jasna całkowicie inaczej wyglądało świętowanie uwielbiających Boże Narodzenie Niemców przebywających w okupowanej Polsce. W warszawskim teatrze muzycznym wyprawiano co roku wielki świąteczny obiad dla najwyższych rangą nazistów. W udekorowanej choinkami i swastykami sali stoły uginały się pod ciężarem niedostępnych dla Polaków frykasów. Podobnie rzecz miała się w Krakowie - mieście, które uznał za stolicę swego przyszłego królestwa generalny gubernator Hans Frank.

1953

W roku śmierci Stalina było już raczej pewne, że w Polsce nie przyjmie się Dziadek Mróz, który wzorem Związku Radzieckiego miał także u nas zastąpić św. Mikołaja. Odziany w błękitny kożuch starzec w walonkach z uroczą Śnieżynką u boku nie spełnił oczekiwań komunistów. Wciąż pojawiał się na różnych oficjalnych spędach w zakładach pracy czy na partyjnych imprezach, jednak cały plan przejęcia przez niego tradycji rozdawania świątecznych prezentów (w Nowy Rok, nie w Boże Narodzenie, dodajmy) spalił na panewce.

Nie zmienia to jednak faktu, że paradoksalnie i polskim stalinistom zawdzięczamy pewien element świątecznej tradycji - dziś uważany przez wielu za żelazny punkt kulinarnego repertuaru wigilijnej wieczerzy. Chodzi oczywiście o karpia, rybę nadającą się do taniej, nieskomplikowanej i masowej hodowli i z tych właśnie powodów upowszechnioną w Centralach Rybnych z rozkazu bierutowskiego ministra gospodarki Hilarego Minca. Ta komunistyczna kariera karpia zaczęła się w roku 1947 - przez całe dekady był on jedną z łatwiej dostępnych ryb w peerelowskim handlu. Oczywiście przed świętami zawsze go brakowało.

W roku 1953 komuniści wciąż próbowali toczyć zupełnie otwartą wojnę z Kościołem - stąd też zakusy na przejęcie świąt Bożego Narodzenia. Choć Bolesław Bierut tuż po wojnie - za to przed sfałszowanymi przez PPR wyborami - chętnie ostentacyjnie pojawiał się w towarzystwie biskupów na mszach, teraz rzeczywistość była zupełnie inna. Prymas Stefan Wyszyński wciąż przebywał w miejscu odosobnienia w Stoczku Klasztornym (później w Komańczy), a władze prowadziły grę z „księżmi patriotami”, mającymi przejąć Kościół i podporządkować go partii. Niemniej bożonarodzeniowej tradycji ruszyć się nie dało. Polacy świętowali Boże Narodzenie mniej więcej tak jak zawsze, choć jednak znacznie skromniej.

Rok 1953 miał z punktu widzenia szarego obywatela chyba tylko jedną zaletę - właśnie wtedy zniesiono obowiązujący od końca wojny kartkowy system reglamentacji żywności. Nie zmienia to jednak faktu, że asortyment dostępnych w sklepach towarów był dość skąpy. Minęła już kompletna bieda pierwszych lat powojennych, ale wcale nie oznaczało to radykalnej poprawy sytuacji. Funkcjonował też urzędowy system cen, w którym produkty z górnej półki kosztowały wielokrotnie drożej niż te przeznaczone dla mas. Ergo: kilogram szynki był i dziesięciokrotnie droższy od kilograma zwykłej kiełbasy, co sprawiało, że mało kogo było stać na tę pierwszą, jeśli już nawet trafił na nią w sklepie.

Prawdziwe rarytasy były wówczas dostępne wyłącznie dla nielicznych. Mundurowych zaopatrywały tzw. Konsumy, podległe Wojskowej Centrali Handlowej. Partia miała zaś „sklepy za żółtymi firankami”, do których dostęp mieli wyłącznie towarzysze o odpowiednio wysokiej randze - łącznie ledwie ok. 10-15 tysięcy dygnitarzy. Żeby „pospólstwo” nie widziało dostępnych w nich luksusowych towarów, ich wystawy naprawdę zasłaniano grubymi żółtymi firankami, od czego wzięła się nazwa tego zamkniętego systemu handlu. Jeden z czytelników „Po Prostu” tak opisywał sklep specjalny przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie: „Nowo otwarta [!] placówka jest starannie ukryta za barakiem i świeżo wzniesionym murem z żelazną bramą. Przedstawia ona sobą jednopiętrową kamienicę z biało polakierowanymi kratami w oknach. Przed przedsiębiorstwem tym stoi cały dzień [...] sznur samochodów, którymi panie oficerowe przyjechały na zakupy”. System tych sklepów specjalnych utrzymał się do 1956 roku, później został zastąpiony bardziej dyskretnymi formami dystrybucji niedostępnych dla mas dóbr.

1970

W tym roku tuż przed świętami ulice miast Wybrzeża dosłownie spłynęły krwią. Od kul żołnierzy i milicjantów zginęło łącznie ok. 40 osób, a ponad 1000 zostało rannych. Zatrzymano około 3000 strajkujących i demonstrujących robotników. Bezpośrednią przyczyną wybuchu strajków i zamieszek było ogłoszenie przez władze podwyżek cen żywności - wówczas ustalanych urzędowo. I to ogromnych podwyżek - o średnio 23 proc. Dodajmy, że w okresie świątecznych przygotowań wyższe ceny wciąż obowiązywały, podwyżki odwołano dopiero w lutym następnego roku, co uderzyło przed świętami po kieszeni każdą polską rodzinę. Trudno więc mówić o dobrej atmosferze. Nie ma jej nawet na szczytach władzy. Po masakrze na Wybrzeżu partyjne frakcje, przy czynnym udziale generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, właśnie obaliły Władysława Gomułkę, którego zastąpił Edward Gierek. Ale i on obawia się kolejnej fali protestów, tyleż cieszy się ze swego wyniesienia, co szuka sposobu na uniknięcie kłopotów.

Jak na historię peerelowskiej gospodarki nie jest to wcale taki najgorszy okres. Wprawdzie cały okres rządów Gomułki to jedna wielka historia niedoborów mięsa (w miejsce którego szef PZPR próbuje lansować biały ser), ale w sklepach da się kupić całkiem sporo, bez większych problemów można dostać szynkę czy przyzwoite mięso - jednak te produkty w porównaniu z kiełbasami czy pasztetową są relatywnie o wiele droższe niż dziś, przez co Polacy jadają je raczej z rzadka.

To właśnie tamten czas - późnych rządów Gomułki i wczesnych Gierka - przynosi nam kolejny peerelowski wkład do tradycji świątecznej. Tym razem chodzi już nie o karpia, tylko o świąteczną obsesję cytrusów. Minęło już kilka lat od blokady Kuby przez Stany Zjednoczone, teraz kraj Fidela Castro funkcjonuje wyłącznie dzięki pomocy od „bratnich” socjalistycznych krajów. PRL daje Kubie kredyty i buduje na wyspie fabryki. Castro odwdzięcza się dostawami kubańskich cytryn, pomarańczy i grejpfrutów. Cytrusy zbiera się sezonowo - do Polski transporty jesiennych zbiorów z Kuby docierały zaś zwykle akurat na przełomie listopada i grudnia. Dodajmy, Kuba to niemal jedyne źródło cytrusów dla PRL - za dostawy z innych krajów trzeba by płacić cennymi dewizami. Właśnie dlatego szybko powstaje zbiorowe skojarzenie - zielone kubańskie pomarańcze i cytryny w sklepach oznaczają święta. Partyjna propaganda robi z tego użytek - dostawy cytrusów są szumnie obwieszczane jako wyraz dobroci władzy i jej troski o obywateli. A o tym, że statek z pomarańczami wpłynął właśnie do Gdańska, piszą gazety i informuje Dziennik Telewizyjny. Rzecz jasna cytrusów i tak zawsze było za mało, co czyniło je jeszcze bardziej pożądanymi. Po latach tego rytuału zbiorowe skojarzenie świąt z cytrusami przetrwało do dziś, choć tak naprawdę przed czasami Fidela Castro i Gomułki w polskiej tradycji świątecznej liczyła się głównie skórka pomarańczowa, używana do makowców i innych ciast.

1981

Wigilia przypadająca zaledwie 11 dni po wprowadzeniu stanu wojennego dla większości polskich rodzin była jedną z tych bardziej ponurych w XX-wiecznej polskiej historii. Czołgi na ulicach, zomowcy przy koksownikach, godzina milicyjna między 22 a 6 rano, dla tysięcy rodzin również niepokój o internowanych opozycjonistów, o których losie wciąż jeszcze nie było wiele wiadomo. Dla kolejnych tysięcy zwykły strach - a kiedy przyjdą do nas? Rozchodząca się po całej Polsce wieść o losie górników zastrzelonych w „Wujku”. Świąteczne rozmowy o tym, do czego może się posunąć Jaruzelski, czy też o tym, czy „wejdą” Sowieci. W telewizorze umundurowani ludzie głoszący propagandę. Do tego jeszcze ciężka, mroźna zima, często porównywana z zimą stulecia z 1978 roku, choć jednak od niej lżejsza. No i oczywiście nie bardzo jest z czego przyrządzać świąteczne potrawy.

Już w 1976 roku, wraz z pogłębiającym się kryzysem peerelowskiej gospodarki, komuniści wrócili do systemu kartkowego. Początkowo stopniowo, tylko na niektóre produkty - zaczęło się od cukru. Ale teraz, w pierwsze święta stanu wojennego, bez kartek nie dało się już kupić niemal nic.

Kartki na mięso obowiązywały już od marca - zaś zaopatrzenie w sklepach było beznadziejne. Zdobycie kawałka szynki czy schabu wymagało najczęściej wielogodzinnego stania w kolejce. To samo dotyczyło innych produktów. Tragicznie było z rybami - zwłaszcza w regionach z dala od morza i jezior. Powszechne były problemy z kupnem zwykłych solonych śledzi. Trudno było nawet o wynalazek Hilarego Minca, czyli karpia. Na przykład wojewoda lubelski wydał w 1981 roku oficjalne zarządzenie, według którego każdy ze stojących w kolejkach po karpia mógł nabyć tylko jedną sztukę. Te kolejki ustawiały się zaś już nad ranem. Kilka godzin trzeba było stać nawet po choinkę. I nie, nie można było przebierać w drzewkach, brało się to, które akurat zrzucono z samochodu. Nieszczęsnych kubańskich cytryn i pomarańczy w 1981 roku również brakowało.

Alternatyw wobec oficjalnego systemu handlu prawie nie ma. Owszem, w Warszawie przy ul. Polnej funkcjonuje bazar, na którym można kupić i upragnione cytrusy, i salami, i łososia w puszce, i wędzone węgorze prosto z Mazur, ale obowiązujące tam ceny zwalają z nóg - to miejsce dla osób naprawdę świetnie sytuowanych.

Są też Pewexy, w których można kupować niedostępne w zwykłym handlu produkty za dolary i będące ich krajową namiastką bony Pekao - pamiętajmy jednak, że średnia polska płaca to w roku 1981 równowartość ledwie kilkunastu dolarów. Istnieje wreszcie podziemny, pokątny handel - przede wszystkim mięsem z własnego uboju przywożonym przez chłopów ze wsi do miast. Tzw. baba z cielęciną od lat miała swoje pory odwiedzin w danych budynkach czy biurach, można było od niej kupić i lepsze mięso, i drób. Tu również jednak trzeba było naprawdę głęboko sięgnąć do portfela.

Dla zdecydowanej większości Polaków przygotowania do świąt były w tamtym czasie jednym wielkim kolejkowym koszmarem, który i tak przynosił relatywnie marne skutki. Przez dwa dni świąt można było od tego przynajmniej odpocząć.

Jaka jest historia tradycji i obrzędów świątecznych?

Wideo

Materiał oryginalny: Boże Narodzenie po polsku. Od II RP do stanu wojennego - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie