Brakowało wszystkiego, ale szkoły ruszyły

Filip Pietruszewski, filip.pietruszewski@mediaregionalne.pl
8 sierpnia 1947 roku uczniowie szkoły brali udział w dożynkach. Na zdjęciu Bożenka Pytlak i Staś Szpilewski przekazują staroście Kazimierzowi Łaćwikowi pszenny chleb jako symbol plonów.
8 sierpnia 1947 roku uczniowie szkoły brali udział w dożynkach. Na zdjęciu Bożenka Pytlak i Staś Szpilewski przekazują staroście Kazimierzowi Łaćwikowi pszenny chleb jako symbol plonów.
Władysław Kijewski, aby przekonać radzieckiego komendanta, że nadaje się na kierownika szkoły, recytował mu po łacinie "Ojcze nasz". Tak rodziła się powojenna oświata.

W tym roku szkolnym dwie najstarsze słupskie podstawówki będą obchodzić 70. jubileusz swojego istnienia. Mowa o Szkole Podstawowej nr 1 i Szkole Podstawowej nr 2. Palma pierwszeństwa należy do jedynki, która jest o kilka tygodni starsza. Jej pierwszym kierownikiem był Władysław Kijewski. W szkolnym archiwum do dzisiaj zachowała się prowadzona przez niego od 1945 roku kronika. Poza tym Władysław Kijewski, już jako emeryt, w 1973 roku zaczął spisywać swoje wspomnienia. Kopię nieukończonego pamiętnika od syna Władysława Kijewskiego otrzymała Danuta Wojtas-Palińska, obecna dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1.

Przed wojną Władysław Kijowski był kierownikiem szkoły na Polesiu, w Bereżnem nad Horyniem. Do Słupska przyjechał 22 maja 1945 roku. Zarejestrował się jako 99. Polak w mieście.

- Złożyłem wizytę staroście, panu Kraciukowi, oświadczając, że chcę pracować w swoim zawodzie, tj. w szkolnictwie. Starosta skierował mnie do inspektora szkolnego. Inspektor szkolny pan Kwapisz zlecił mi zorganizowanie pierwszej szkoły w Słupsku - notował Władysław Kijewski.

Zorganizowanie szkoły na Ziemiach Odzyskanych nie było zadaniem łatwym. - Minęły chyba trzy tygodnie od nominacji, a ja nie mam ani szkoły, ani nauczycieli, ani dzieci. Chodzę po mieście, oglądam gmachy szkolne. Na każdym tabliczka z rosyjskim napisem "ucztieno wojennym komendantom". W jednych gmachach szpitale, w innych jakieś magazyny wojskowe. Dostępu nie ma. Wszędzie pilnują wartownicy. Informuję więc inspektora szkolnego o sytuacji. Trzeba czekać. Tymczasem zbieram po mieście co się da. To maszynę do liczenia, to spod sterty wojskowych łóżek wyciągam osobowy samochód bez powietrza w kołach, to parę powielaczy, to segregatory i tym podobne różne rzeczy - notował.

Do Słupska napływało coraz więcej polskiej ludności. - Wśród nowych przybyszów szukam nauczycieli do swojej przyszłej szkoły. Są, ale wolą na razie prowadzić jakiś handel, bo co im w tym czasie szkoła da? A więc handlowali buraczkami i marchewką, broszkami, pocztówkami, scyzorykami, zabawkami, starymi ubraniami, futrzanymi kołnierzami, materacami, nićmi i czym się dało - wyliczał kierownik. - Heureka! Panie, dwie panie: Bogumiła Ojakowa i Anna Ignatowicz, obie złożyły w inspektoracie podania o pracę w szkole. Inspektor wniebowzięty, ja również. Teraz poszukamy szkoły, no i dzieci i ruszamy z oświatą. Idziemy wobec tego do pana starosty, aby nam pomógł w tej sprawie. Pan starosta wypisał zaświadczenie, w którym prosi władze cywilne i wojskowe o udzielenie kierownikowi szkoły wszelkiej pomocy. Wojennym komendantem Słupska był wówczas radziecki major gwardii, tow. Mikołaj Pietuchow. Rezydował w ratuszu. Do niego udałem się w sprawie uzyskania gmachu szkolnego. Przyjął mnie bardzo życzliwie, długo ze mną rozmawiał, pytał o wykształcenie, nawet mnie coś nie coś przeegzaminował. Musiałem mu cytować po grecku początek "Iliady", a po łacinie to co mi w tamtej chwili na myśl przyszło, zdaje się, że "Pater noster" - wspominał Władysław Kijewski. Kierownik otrzymał od komendanta gmach dawnej niemieckiej Realschule przy ówczesnej ul. Blumenstrasse.

- 4 sierpnia 1945 roku, godz. 9. Aula szkoły przy ul. Partyzantów zgromadziła prawie wszystkich Polaków, wszystkie władze. Gromadka 37 dzieci odświętnie ubranych. (...) Wstępuję na trybunę i chociaż wzruszenie ściska mi gardło, wołam: "Rodacy! Po wielowiekowej niewoli tej prastarej, piastowskiej ziemi, na której za polskie głośne słowo bito
i katowano plemię lechickie, dzisiaj i w tej chwili, ja, polski nauczyciel mam zaszczyt ogłosić, iż otwieram pierwszą polską szkołę w Słupsku - wspominał Władysław Kijewski. Później uczniowie odśpiewali "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród" i dalsze słowa Roty. Mszę z okazji inauguracji roku szkolnego odprawił ks. Jan Zieja.

Na początku lekcje odbywały się w budynku przy dzisiejszej ul. Deotymy. - Zanim sierpień dobiegł końca, lawina dzieci. Dwieście, już trzysta, czwarta setka się dopełnia. Stan alarmowy! Nie przewidywaliśmy tego. Panie inspektorze! Potrzebuję co najmniej 15 sił nauczycielskich! "A skąd ja panu wezmę tyle, przecież ich nie urodzę" - wspominał. Inspektor przydzielił do pracy w szkole podstawowej wszystkich nauczycieli szkół średnich. Tego typu szkoły jeszcze nie istniały. - Już w październiku szkoła nie mogła pomieścić wszystkich uczniów i, jak rój pszczeli, podzieliła się na dwie - pisał Władysław Kijewski. Jedynka przeniosła się na ul. Mickiewicza, a do października dwójka działała przy ul. Deotymy. Później przeprowadziła się do gmachu przy ul. Henryka Pobożnego. Granicą rejonów obydwu podstawówek stała się Słupia. Kierownikiem szkoły nr 2 został Włodzimierz Rogoziński.

Jednymi z pierwszych uczniów tych szkół byli Stanisława i Bolesław Korsakowie. Pani Stanisława ukończyła dwójkę, a pan Bolesław jedynkę. - Do Słupska przyjechałem we wrześniu 1945 roku, pierwszym transportem z moich stron. Miałem 13 lat. Umiałem już pisać i czytać, więc poszedłem od razu do piątej klasy. Pamiętam, że wtedy wszystko wydawało się tymczasowe. Chyba przez trzy lata mieliśmy w domu nierozpakowaną walizkę, bo moi rodzice uważali, że Niemcy w każdej chwili mogą tu wrócić - mówi pan Bolesław. - Zostałam przydzielona do trzeciej klasy. W tym samym roku skończyłam też czwartą. Uczyliśmy się w szybkim tempie. Nie było żadnych podręczników. Wszystko zapisywaliśmy w zeszytach - mówi pani Stanisława. - Pamiętam, że mieliśmy dużo lekcji ortografii. Lektur raczej nie czytaliśmy, bo nie było książek - dodaje pan Bolesław. - Na lekcje chemii i fizyki chodziliśmy na dzisiejszą ul. Partyzantów. Tam była pracownia, z której do lat 50. korzystały wszystkie szkoły w mieście
- wspomina pani Stanisława.

- Nauczyciele bili uczniów? - pytamy. - W życiu, nie było żadnego bicia. Nauczyciele byli bardzo przyjaźni. Zresztą nie było wtedy chuligaństwa. No może czasami ktoś dostał linijeczką po łapach, ale to nie było nic strasznego - mówi pani Stanisława. - Jak wyglądały lekcje w-f? - Czasami graliśmy w zbijanego, ale zazwyczaj była jakaś gimnastyka. Chłopcy ćwiczyli razem z dziewczynkami. Nikt się nie przebierał, ćwiczyliśmy w tym, w czym przyszliśmy do szkoły. - A w co się uczniowie ubierali?

- Mundurków nie było. Utarło się, że dziewczynki nosiły granatowe sukienki z białymi kołnierzykami. A chłopcy to różnie, w tym co mieli - odpowiada pani Stanisława. - Pamiętam też specjalne zeszyty do kaligrafii. Były w nim kratki z złożone z poziomych i skośnych linii- dodaje.

Państwo Korsakowie nie zapamiętali, żeby w ich szkołach brakowało wyposażenia. Przeciwnie, w klasach znajdowały się polskie mapy, przetrwały przedwojenne tablice, zawsze była kreda. Nieco inny obraz szkół wyłania się z protokołów posiedzeń Komisji Oświaty Miejskiej Rady Narodowej. W 1948 roku Władysław Kijewski skarżył się na brak szyb i klamek. Mówił, że inwentarz szkolny wymagał remontu. Prosił o wywózkę złomu żelaznego, który zebrali uczniowie. Włodzimierz Rogoziński wnioskował o natychmiastowy remont dachu, pomalowanie
i oszklenie okien oraz opatrzenie zbiornika na wodę w instalacji pryszniców. Z protokołu wynika, że w innych szkołach nie było nawet ławek i krzeseł.

Wówczas w mieście działało już pięć podstawówek. W szkole nr 1 uczyło się 497 dzieci w 11 klasach i pracowało 10 nauczycieli. W podobnej sytuacji była dwójka: 481 dzieci podzielonych na 11 klas i 12 pedagogów.
- Mam nadzieję, że te dane nie trafią do ministerstwa edukacji. Lepiej, żeby urzędnicy nie wiedzieli, że w przeszłości szkołom udawało się pracować w takich warunkach - żartuje Danuta Wojtas-Palińska.

Kronika SP1 jest ciekawym zwierciadłem zmian społeczno-politycznych, jakie zachodziły w pierwszych latach powojennej rzeczywistości. W grudniu 1945 roku uczniowie obchodzili wspólną wigilię i razem łamali się opłatkiem. W 1948 roku szkolnej wigilii już nie było. Zamiast niej koło przyjaźni polsko-radzieckiej przygotowało przedstawienie "Gwiazdka wolności". W 1949 roku w kronice pierwszy raz nie pojawia się data 3 maja.

Zamiast urodzin Tadeusza Kościuszki lub Henryka Sienkiewicza, w szkole zaczęto uroczyście obchodzić np. rocznicę śmierci "Lenina - wodza rewolucji".

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie