Gruby problem w szkole

Radosław Brzostek
Gotowany w szkolnej stołówce, zbilansowany pod względem kalorycznym i odżywczym obiad, to dla ucznia najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Jest to najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy nie możemy przygotować obiadu samodzielnie w domu. Co ważne, dziecko je go o odpowiedniej porze, a nie staje się on tzw. obiadokolacją.
Gotowany w szkolnej stołówce, zbilansowany pod względem kalorycznym i odżywczym obiad, to dla ucznia najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Jest to najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy nie możemy przygotować obiadu samodzielnie w domu. Co ważne, dziecko je go o odpowiedniej porze, a nie staje się on tzw. obiadokolacją. Radosław Brzostek
Co piąty polski nastolatek ma nadwagę. Dziesięć lat temu dzieci, które miały problem z prawidłową wagą, było o połowę mniej.

Parząc na wyniki ostatnich badań UNICEFu, podczas których pod lupę została wzięta również waga dzieci żyjących w państwach rozwiniętych, do których należy Polska, widać, że rośnie w zastraszającym tempie. 18 proc. młodych Polaków w wieku od 11 do 15 lat ma nadwagę.

Co gorsza - odsetek ten wzrósł w ciągu dekady dwukrotnie! Pod tym niechlubnym względem Polska znalazła się w czołówce. Jeśli nasze dzieci będą dalej tak szybko tyły, to za kilka lat dogonimy USA, gdzie problem nadwagi i otyłości dotyczy 30 procent dzieci i nastolatków.

Rodzimi eksperci alarmują, wskazując przy tym jasno, że aby skutecznie zatrzymać tę fatalną tendencję należy przyjrzeć się temu, co znajduje się na talerzach naszych pociech. Bez małej rewolucji w dziecięcym menu walka z niepotrzebnymi kilogramami jest bowiem skazana na niepowodzenie. Gotowy jest projekt ustawy, która nałoży na dyrektorów szkół obowiązek kontroli tego, co znajduje się w szkolnych sklepikach.

Zniknąć z nich mają batony, czipsy, gazowane napoje. Ale to nie oznacza, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dzieci zaczną jeść warzywa, owoce i pić wodę zamiast coli. Ta rewolucja nie powiedzie się bez zaangażowania rodziców. To oni wyrabiają nawyki żywieniowe swoich dzieci, uczą ich smaków i tzw. dobrych wyborów.

- Dziecko, które będzie chciało kupić sobie batona, to go kupi, nawet wówczas, gdy nie będzie go w szkolnym sklepiku - mówi Agnieszka Kobalczyk, dietetyk z Koszalina.
Nadwaga dzieci jest problemem, którego nie można zamieść pod dywan. Lekarze i dietetycy alarmują, że z otyłych dzieci wyrosną otyli dorośli z miażdżycą, cukrzycą, problemami z układem krążenia. Do tego dochodzą kłopoty natury społecznej, bo gdzie jak gdzie, ale w szkole grubas nigdy nie miał łatwo. Sejm przyjął właśnie projekt nowelizacji ustawy o bezpieczeństwie żywości i żywienia, która ma wyeliminować ze szkolnych sklepików czipsy, batony, fast foody, napoje energetyzujące czy zupki z proszku. Ustawa ma także określać to, co mogą jeść dzieci w przedszkolach i na szkolnych stołówkach.

Nowe przepisy mają wejść w życie na początku przyszłego roku szkolnego. Jej przestrzegania maja pilnować dyrektorzy szkół. Jednak wszyscy, którzy zawodowo mają do czynienia z żywieniem dzieci mówią, że może ona co najwyżej pomóc w walce o zdrowie najmłodszych, ale nie wyręczy w niej rodziców.

- Są dzieci, które nie znają nazw podstawowych zup. To smutne i świadczy o tym, że w ich domach się nie gotuje - mówi Bogumiła Derdoń, która od 15 lat prowadzi stołówkę w Szkole Podstawowej nr 7 w Koszalinie. Przygotowując posiłki dla dzieci, już teraz musi przestrzegać norm i gramatury. I jak mówi, nie jest sztuką przygotować surówkę i umieścić ja w menu, sztuką jest przekonać dzieci, by ją zjadły. Jak ognia unika w jadłospisie słowa "warzywo". Przemyca je pod nazwą "jesienne wariacje".

- Gdybym powiedziała dzieciom, że daję im surówkę z selera, to by jej do ust nie wzięły. A jak znajdę dla niej ciekawą nazwę, to jedzą i im smakuje - mówi.

Takiego "przemycania" jest więcej. Nie ma kotletów są frykadelki, a z piersi kurczaka z ziołami powstaje gyros. Nawet znienawidzoną wątróbkę, podaną jako strogonow dzieciaki zajadają. O tym, jak trudno jest przekonać dzieci do zdrowego jedzenia, wystarczy spytać panie gotujące w przedszkolu. - Wprowadziliśmy do naszego jadłospisu szpinak, jedno dziecko lekko go podziubało. Surówki w większości lądują w koszu - mówią panie z jednego z koszalińskich przedszkoli.

Z obserwacji dietetyków wynika, że frytki i hamburgery młodzi ludzie traktują jak ich rodzice mielonego z buraczkami i ziemniakami. Dla nich to zwykłe jedzenie, szybkie i smaczne. Dzieci przy nim nie grymaszą, więc rodzice, którzy chcą, by ich dziecko cokolwiek zjadło, nie rozdzierają szat w obronie zdrowego żywienia i sami dzieciakom takie jedzenie fundują. Dowód - wystarczy przejść się w sobotnie popołudnie do galerii handlowej, by zobaczyć rodzinne wycieczki "na hamburgera i colę". Ale co ciekawe, gdy pytaliśmy nastolatki, które zastaliśmy w fast foodach, jak często w takich miejscach się "stołują", zawsze padała odpowiedź "okazjonalnie", sporadycznie". Rodzice migają się też odrobienia dzieciom drugiego śniadania do szkoły. Zamiast kanapki dają pieniądze. - Coś tam sobie kupisz - słyszą, głównie młodsze dzieci.

Chyba, że w szkole wychowawczyni kładzie duży nacisk, na to, co maluchy przynoszą na śniadanie i czy w ogóle je przynoszą i organizuje wspólne jedzenie drugiego śniadania. Wtedy pojawiają się śniadaniówki, a w nich zdrowe kanapki, owoce, warzywa. Starsze dzieci, gimnazjaliści, a szczególnie gimnazjalistki, jedzenie do szkoły przygotowują sobie często samodzielnie.

Dużym problemem są słodycze, jedzone zamiast posiłku. Dzieci, szczególnie starsze , maja do nich nieograniczony dostęp, praktycznie zawsze są pod ręką.

Co więcej, w telewizyjnych reklamach "dają moc", a nawet zdrowie, bo zwierają witaminy, więc często nie są uznawane przez dzieci jako coś niezdrowego.

- Moje dzieci do piątego roku życia nie znały smaku słodyczy. Do tego czasu miałam kontrolę nad tym, co jedzą. Potem już nie, bo nie jestem w stanie upilnować, czym się częstują na przerwach w szkole. Nie mogę też nie dawać im wcale pieniędzy, więc nawet nie wiem, gdy kupią sobie w szkolnym automacie batona - mówi Joanna Klejno, mieszkanka Koszalina, mama 9- i 12-latka.

- Zdrowe żywienie dziecka w dzisiejszych realiach nie jest łatwe. Wymaga zaangażowania przede wszystkim rodziców. Nie da się tej sprawy załatwić czyimiś rękami. Warto z dzieckiem wspólnie gotować, uczyć go nowych smaków. Wprowadzać nowe produkty, dać nawet maluchowi eksperymentować w kuchni. Nie ma sensu zakazywać jedzenia słodyczy trzynastolatkowi. Lepiej razem z nim upiec jego ulubione ciasto. Przy odrobinie dobrej woli nawet domowe hamburgery mogą być zdrowe - mówi Janina Malicz, dietetyk.

Wideo

Komentarze 14

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

w szkole moich dzieci zlikwidowano sklepik , ale na jego miejsce postawiono automaty z napojami i batonami( dużo droższymi niż w sklepie). Powiedzcie gdzie tu sens? 

poza tym w szkole nie ma miejsca , ani czasu na to , by dziecko mogło spokojnie usiąść , zjeść i wypić- dzieci są przeganiane z klasy do klasy , na korytarzach nie ma ławeczek , stolików, a dookoła raczej syf niż czyste otoczenie. szkoła to teraz taki małpi gaj , dzieciaki wrzeszczą, nauczyciele wrzeszczą, każdy każdego pilnuje, brak normalności. myślenie o czymś tak podstawowym jak zjedzenie spokojne śniadania nie ma w szkole moich dzieci  miejsca. 

G
Gość
W dniu 02.11.2014 o 17:44, Sąsiad_konfitura napisał:

Wy ludzie macie za dobrze!!Dobrobyt nastał sklepy różnorakimi towarami wypchane i problemy z nadwaga się pojawiają. Za komunizmu nic nie było w sklepach i problemów z nadwagą nie było. Ludzie, wy po prostu nie potraficie z umiarem funkcjonowac w świecie który obfituje w dobrobyt.

 

Ciało ludzkie nie jest przystosowane do dobrobytu. W końcu przez tysiące lat ewolucji zmagało się raczej z brakiem pożywienia (przynajmniej okresowo) niż z jej nadmiarem. Dlatego nauczyło się magazynować energię w postaci tłuszczu. Dzięki temu mogło przetrwać gorsze czasy. Obecnie wszystkiego jest nadmiar. Ci którzy z tego bezrefleksyjnie korzystają - tyją. Dotyczy to niestety coraz częściej także dzieci, którzy po rodzicach przejmują fatalne, niezdrowe nawyki żywieniowe. 

S
Sąsiad_konfitura

Wy ludzie macie za dobrze!!

Dobrobyt nastał sklepy różnorakimi towarami wypchane i problemy z nadwaga się pojawiają.

 

Za komunizmu nic nie było w sklepach i problemów z nadwagą nie było.

 

Ludzie, wy po prostu nie potraficie z umiarem funkcjonowac w świecie który obfituje w dobrobyt.

A
Anna
W dniu 02.11.2014 o 12:21, Ziutek napisał:

Szanowna Pani Zniesmaczona, w pełni popieram Pani opinię. Pozdrawiam.

Tez popieram , pracuje w atrium i widze w weekendy cale rodziny zapychajace sie tym swinstwem z mc albo kfc i to juz naprawde rocznym dzieciom daja frytki. I jak pozniej takie dziecko ma wiedziec ze to niezdrowe. Poza tym za moich czasów rodzice dawali do szkoly kanapki, jabłko i wode z sokiem w butelce a nie 10zł zeby sie dzieciak sam nakarmil.

G
Gość
Rodzice sami prowadzaja swoje dzieci do McDonald's dają im pepsi i słodycze, a potem wszystko zganiają na sklepik szkolny. Jak można jadać w McDonald's ? Jak można karmić siebie i dzieci takim swiństwem ? Niech każdy się uczciwie zastanowi czym karmi swoje dzieci !!!!!
G
Gość
W dniu 02.11.2014 o 11:16, ` napisał:

~Róbta co chceta~ otake Polske wam zafungowali lemingi TW Bolka i Owsika a teraz to koniowi możecie zameldować :D

 

matko a w domu wszyscy zdrowi? (inaczej tego bzdurnego wpisu nie sposób skomentować)

K
Kolo
W dniu 02.11.2014 o 11:33, Zniesmaczona napisał:

Oczywiście najlepiej zgonić winę na szkoły i ich sklepiki a nie na rodziców. Kto nauczył swoich dzieci obżarstwa słodyczami? Kto prowadza na obiady do mc donalda czy innego fast fooda? My również chodziliśmy do szkoły i również były slepiki ze słodyczami, a nie z jabłkiem i bananem. A jakoś tego problemu nie było! Więc niech rodzice wezmą się za siebie i dietę swoich dzieci bo to przede wszystkim z waszej wygody dzieciaki rosną w szerz! Najlepiej posadzić dzieciaka przed komputerem dać paczkę czipsów i pączusia popić colą później napchać obiadem i dalej siedzieć na tyłku zamiast wyjść na dwór i w piłkę pograć! Więc zastanówcie się kogo to wina....

W artykule wyraźnie napisano: (Ze sklepików szkolnych) Zniknąć z nich mają batony, czipsy, gazowane napoje. Ale to nie oznacza, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dzieci zaczną jeść warzywa, owoce i pić wodę zamiast coli. Ta rewolucja nie powiedzie się bez zaangażowania rodziców. To oni wyrabiają nawyki żywieniowe swoich dzieci, uczą ich smaków i tzw. dobrych wyborów.

– Dziecko, które będzie chciało kupić sobie batona, to go kupi, nawet wówczas, gdy nie będzie go w szkolnym sklepiku – mówi Agnieszka Kobalczyk, dietetyk z Koszalina.

 

Więc oczywiście duża w tym rola rodziców.

h
hania
W dniu 02.11.2014 o 11:33, Zniesmaczona napisał:

Oczywiście najlepiej zgonić winę na szkoły i ich sklepiki a nie na rodziców. Kto nauczył swoich dzieci obżarstwa słodyczami? Kto prowadza na obiady do mc donalda czy innego fast fooda? My również chodziliśmy do szkoły i również były slepiki ze słodyczami, a nie z jabłkiem i bananem. A jakoś tego problemu nie było! Więc niech rodzice wezmą się za siebie i dietę swoich dzieci bo to przede wszystkim z waszej wygody dzieciaki rosną w szerz! Najlepiej posadzić dzieciaka przed komputerem dać paczkę czipsów i pączusia popić colą później napchać obiadem i dalej siedzieć na tyłku zamiast wyjść na dwór i w piłkę pograć! Więc zastanówcie się kogo to wina....

  Bzdura. Mój 11 letni syn nie przepada za fast foodami, bo sami ich raczej nie jadamy. W życiu zjadł może z 10 hamburgerów z macdonalda. Woli, żebym mu zrobiła frytki z ziemniaków niż z mrożonek i hamburgera z mięsa kupionego w mięsnym.

Uprawia sport, nie ma nadwagi. Słodycze kupujemy, ale  w rozsądnych ilościach. Nie zabraniamy, ale nie jemy ich codziennie. A jednak jak się dorwie do kilku zł, to razem z kolegami pędzą do sklepiku po batona czy inne słodycze. Bo takie są dzieci i już.

Za moich czasów sklepik był otwierany raz w tygodniu i sprzedawali w nim drożdżówki i nie umarliśmy z głodu, bo każdy miał kanapkę i popijał ją kranówką w łazience. I nikt nie miał nadwagi ani problemów zdrowotnych.

g
gag

Bardzo dobrze, że wchodzi ta ustawa. W szkole mojego dziecka cukierki sprzedawane są na sztuki. Najtańszy kosztuje 5 groszy ! Dowiedziałam się o tym od syna, u którego znalazłam stos papierków w szufladzie. Kontroluję jadłospis syna, szczególnie pod kątem słodyczy, bo jest alergikiem, nie daję mu pieniędzy do szkoły, a tu proszę: za 50 groszy ze skarbonki dzieciak wcina 10 cukierków.

 

 

Z
Ziutek
W dniu 02.11.2014 o 11:33, Zniesmaczona napisał:

Oczywiście najlepiej zgonić winę na szkoły i ich sklepiki a nie na rodziców. Kto nauczył swoich dzieci obżarstwa słodyczami? Kto prowadza na obiady do mc donalda czy innego fast fooda? My również chodziliśmy do szkoły i również były slepiki ze słodyczami, a nie z jabłkiem i bananem. A jakoś tego problemu nie było! Więc niech rodzice wezmą się za siebie i dietę swoich dzieci bo to przede wszystkim z waszej wygody dzieciaki rosną w szerz! Najlepiej posadzić dzieciaka przed komputerem dać paczkę czipsów i pączusia popić colą później napchać obiadem i dalej siedzieć na tyłku zamiast wyjść na dwór i w piłkę pograć! Więc zastanówcie się kogo to wina....

Szanowna Pani Zniesmaczona, w pełni popieram Pani opinię. 

Pozdrawiam.

Z
Zniesmaczona

Oczywiście najlepiej zgonić winę na szkoły i ich sklepiki a nie na rodziców. Kto nauczył swoich dzieci obżarstwa słodyczami? Kto prowadza na obiady do mc donalda czy innego fast fooda? My również chodziliśmy do szkoły i również były slepiki ze słodyczami, a nie z jabłkiem i bananem. A jakoś tego problemu nie było! Więc niech rodzice wezmą się za siebie i dietę swoich dzieci bo to przede wszystkim z waszej wygody dzieciaki rosną w szerz! Najlepiej posadzić dzieciaka przed komputerem dać paczkę czipsów i pączusia popić colą później napchać obiadem i dalej siedzieć na tyłku zamiast wyjść na dwór i w piłkę pograć! Więc zastanówcie się kogo to wina....

`

~Róbta co chceta~

 

otake Polske wam zafungowali lemingi TW Bolka i Owsika

 

a teraz to koniowi możecie zameldować :D

G
Gość

jak się dzieci do szkoły wozi samochodami zamiast isc spacerem to co sie dziwic ze mają problemy z nadwagą... i przestańcie rodzice kupowac swoim dzieciom jedzenie bez zadnych wartosci odzywczych.

pozdrawiam

p
pieczara

No jeżeli się dzieciom podaje zupę w tak dużych miskach  jak tej dziewczynce na zdjęciu

 to nic dziwnego że dzieci tyją i są grubaśne 

 

Dodaj ogłoszenie