Jan Nowicki i gwiazdy pięściarstwa przy jednym stole. Boks i aktorstwo w "epoce Mroczków"

Zdzisław Surowaniec / echodnia.eu
Jan Nowicki najwyraźniej darzy dużą sympatią Lucjana Trelę.
Jan Nowicki najwyraźniej darzy dużą sympatią Lucjana Trelę. Fot. Zdzisław Surowaniec / echodnia.eu
Udostępnij:
"Filmowy rysopis miasta" w Stalowej Woli zakończył się anegdotami z życia gwiazd boksu i aktorstwa. Impreza nie tylko pokazała historię miasta, ale także była okazją do porozmawiania o boksie i porządnym aktorstwie, którego w "epoce Mroczków" jest coraz mniej.

Miasto powstało w niezwykły sposób, jak na współczesne czasy. Po prostu przyszli ludzie na skraj Puszczy Sandomierskiej, zrąbali sosny, postawili zakład, a przy nim piękne osiedle według projektu "miasta idealnego". Urody tamtego budownictwa w stylu art deco nie zdołało prześcignąć budownictwo z lat powojennych. Choć przy koszarowym budownictwie z epoki gierkowskiej styl socrealistyczny wydaje się dziś atrakcyjny.

Polska szkoła

O powstających Zakładach Południowych został w 1939 roku nakręcony film dokumentalny o mało pociągającym, ale konkretnym tytule "COP - Stalowa Wola". Od niego zaczął się przegląd filmów. A potem były filmy z najlepszego okresu słynnej polskiej szkoły filmowej.

Organizatorzy "Rysopisu", czyli Miejski Dom Kultury, połączyli film z tym, co rozsławiło Stalową Wolę bardziej niż produkowane tu stal i żółte maszyny budowlane. To boks. Pięściarze ze Stalowej Woli należeli do najlepszych w Polsce, a największym z wielkich był Lucjan Trela. Uznawany jest za ikonę miasta. I właśnie boksowi był poświęcony ostatni dzień "Rysopisu".

Scena Miejskiego Domu Kultury była w latach sześćdziesiątych ringiem, na którym walczyli pięściarze. Teraz młodzi zawodnicy z działającej od roku sekcji bokserskiej Feniks, mieli tu stoczyć pokazowe walki. Historia zatoczyła koło.

W rogu, jako jeden z trenerów, stał Lucjan Trela. Na widowni walkom młodzików przyglądały się inne legendy polskiego pięściarstwa - Jerzy Kulej i Leszek Drogosz. A zmagania zapowiadał Edward Durda - dziennikarz Eurosportu, rodem ze Stalowej Woli.

Kolejną atrakcją był film "Bokser" z 1966 roku, z Danielem Olbrychskim i Leszkiem Drogoszem. Drogosz, do którego przylgnął tytuł "czarodzieja ringu", okazał się niezwykle zdolnym aktorem i stworzył rolę, która przeszła do historii polskiego kina.

Czarujący gawędziarze

Wszyscy trzej pięściarze, którzy przed laty dostarczali Polakom niezwykłych emocji, okazali się teraz czarującymi gawędziarzami. Byli bohaterami wieczoru. A że dołączył do nich krakowski aktor Jan Nowicki, miłośnik i znawca futbolu i pięściarstwa, był to wieczór niezwykły.

Trzej pięściarze już dawno zgubili sportowe sylwetki. To teraz starsi panowie z brzuszkami. Największym gawędziarzem ze sportowej ferajny okazał się Jerzy Kulej. Mówił głośno, szybko, jak karabin maszynowy. Wystarczyło, żeby Edward Durda rzucił hasło, a Trela mógł mówić długo i na każdy temat. Zresztą ćwiczy się w mówieniu jako komentator walk bokserskich w Polsacie. - O szóstej rano skończyłem pracę i musiałem jechać do Stalowej Woli - przyznał były bokser.

Dużą część wspomnień poświęcił Marianowi Kasprzykowi - kolejnemu legendarnemu pięściarzowi, olimpijczykowi. Podczas jednej z walk Kasprzyk dostał zbyt ciasne spodenki. I kiedy się schylił, spodenki pękły na szwie na pupie. Sędzia dał mu minutę na zmianę spodenek. Jednak na stole sędziowskim nie było zapasowych majtek i zawodnikowi groziła dyskwalifikacja. Wtedy trener Kasprzyka pobiegł do szatni, zdjął z siebie dres i gacie, założył dres, wrócił na ring i wręczył Kasprzykowi spodenki. Ten je włożył i choć zamieszanie trwało dłużej niż minutę, sędzia przymknął na to oko i dopuścił zawodnika do gry, którą zresztą przegrał.

- Przed laty Kasprzyk popadł w problemy zdrowotne - opowiadał Kulej. - Okazało się, że trzeba mu było wyciąć cały żołądek z przełykiem i założyć sztuczny. - Do dziś Marian przygotowuje sobie specjalne posiłki, używając do tego specjalnych środków chemicznych, zbliżonych do kwasów żołądkowych - snuł opowieść Kulej. - Choroba sprawiła, że stał się bardzo religijny. Codziennie chodzi do kościoła na mszę. W domu zrobił sobie ołtarzyk, ozdobiony różańcem, który podarował mu Kulej.

Bokser z polem

Przed paroma laty na stwardnienie rozsiane zachorowała żona Kasprzyka. - Mimo swojej choroby, Marian opiekował się nią bardzo czule - zapewnił Jerzy Kulej. Przyznał też, że jest członkiem klubu bioenergoterapeutów i że ma wyjątkowo silne pole. Próbował przekazać energię żonie Kasprzyka, ale choroba była już w tak zaawansowanym stadium, że nie na wiele to się zdało.

- Żona umarła na rękach Mariana. Marian w jej twarzy zobaczył twarz Chrystusa. Mówił, że odczytał to jako znak, iż teraz ma zaufać właśnie Chrystusowi - opowiadał wzruszony Kulej. Wspomniał jeszcze, że Kasprzyk jest dobrze zabezpieczony finansowo górniczą i sportową emeryturą, ale chętnie dzieli się pieniędzmi z innymi potrzebującymi.

Leszek Drogosz opowiedział o tym, jak trafił na plan filmowy, gdzie grał razem z Danielem Olbrychskim.

- Boksowałem i studiowałem w Akademii Wychowania Fizycznego. Nie chodziłem do kina, nie czytałem gazet, nie wiedziałem nawet, kto to jest Daniel Olbrychski, który był wtedy początkującym aktorem - przyznał. Do propozycji zagrania w filmie podszedł sceptycznie, ale jednak pojechał na nagranie.

Olbrychski to był dla niego facet, który ze wszystkimi lubił wygrywać. Zawsze chciał być najlepszy. Chciał być supermenem także w boksie. Zależało mu, aby jak najlepiej wypaść w filmie na ringu. Ciągle chciał trenować. - Uciekałem już przed nim, bo byłem zmęczony tymi lekcjami, ale zawsze mnie dopadał i mówił "chodź, potrenujemy" - wspomniał.

Bokserskie sztuczki

Drogosz, który miał zagrać z nim walkę, udzielił mu jednej rady: "Zasuwaj, ile wlezie, a ja sobie z tobą poradzę". - On traktował walkę bardzo serio, próbował mnie trafić, tak że od czasu do czasu musiałem mu dać mocniej pięścią, żeby odczuł, kto tu jest mistrzem - śmiał się Drogosz.

Ale przyznał, że Olbrychski piekielnie szybko uczył się sztuczek bokserskich. Sztuczką było takie uderzenie rękawicą przeciwnika, że zarysowywało się zapięciem rękawicy jego twarz. Znajomość boksera z Olbrychskim musiała być ważna, bo Drogosz był świadkiem na jego ślubie z Moniką.

Do bokserskiego towarzystwa dołączył spóźniony Jan Nowicki. Przywitał się z każdym z bokserów "na misia". Popijał herbatę, jako jedyny palił papierosa. - Bokserzy to fajni chłopcy. Bo tu nie ma picu. Za błąd ponosi się karę natychmiast. To dobrzy ludzie, świetni jako aktorzy. Piłkarze do pięt im nie dorastają - wystawił ocenę.

Jednak mistrz sceny i filmu krytycznie ocenił Andrzeja Gołotę, który ma rozegrać walkę z Tomaszem Adamkiem. - Adamek go tak zbije, że tylko sędzia uratuje mu życie - postawił diagnozę.

Jerzy Kulej, który także krytycznie ocenia karierę Gołoty, powiedział, że usłyszał niedawna opinię, iż Gołota ma pewne zaburzenia, które mogą świadczyć o początkach choroby Parkinsona. - Ale to mogą być plotki - zastrzegł.

Pomyśl, podejdź, wykonaj

Zdaniem Kuleja, który zajmuje się trenowaniem młodzieży, polski boks podnosi się i jest z tym coraz lepiej. Przypomniał powiedzenie Papy Stommy, że w boksie obowiązuje zasada "pomyśl, podejdź, wykonaj". Najbardziej milczący z towarzystwa Jerzy Trela ucieszył się, że lekarze nie demonizują już boksu i nie kwalifikują go jako sportu szkodliwego dla zdrowia. Bo jak się okazuje, są dziedziny bardziej szkodzące zdrowiu niż boks.

Jednak Drogosz nie miał do Papy Stomma jakiejś specjalnej atencji. Dał przykład tego, jak zawodna była jedna z jego metod. Wyjechali do Melbourne i z kolegami został wystawiony do wagi o cztery kilogramy lżejszej od tej, jaką mieli. W krótkim czasie musieli zrzucić cztery kilogramy. Poddawali się więc morderczym treningom wysiłkowym, mało jedli i pili, często chodzili do sauny. I rzeczywiście schudli, ale przegrali zmagania. - Bo spadek wagi o cztery kilogramy powoduje spadek sprawności o czterdzieści procent - wyjaśnił.

- Czynny sport może być tylko epizodem w życiu człowieka. Od dwudziestego ósmego roku życia organizm staje się coraz słabszy i w wieku trzydziestu trzech lat trzeba myśleć, co dalej - powiedział Drogosz.

Tego problemu nie ma w aktorstwie. - Im starszy aktor, tym dla niego lepiej. Ja na starość zagrałem najlepsze swoje role filmowe, w tym rolę Imre Nagy, tragiczną postać węgierskiej polityki - przyznał krakowski aktor. - Poza tym, ożeniłem się z fajną dziewuchą - dodał na okrasę.

Epoka Mroczków

Jednak Nowicki ocenił, że zawód aktorstwa jest w defensywie. - Żyjemy w epoce Mroczków, Cichopków. To kompletna głupota. Liczy się nie rezultat, ale brak rezultatu - ubolewał. - Teatr wymaga gwiazd aktorskich. Ale także wyrobionego widza, który doceni kunszt aktorstwa. Kiedyś to było możliwe, kiedy wszyscy byliśmy biedni i jeździliśmy syrenkami. Bo bieda jest inspirująca.

Także sport aktor ocenił negatywnie: - Kiedyś mecze międzypaństwowe to było święto państwowe, bo pokazywała się plejada fenomenalnych zawodników. To był sport dla prawdziwych mężczyzn. Dziś kobiety przejęły funkcję mężczyzn, a prawdziwych facetów już nie ma.

No więc jacy byli prawdziwi mężczyźni, można się było przekonać, patrząc na legendarnych pięściarzy, których sportowe zmagania przeszły do legendy. Jak zmagania Lucjana Treli, który stoczył niezwykłą walkę w wadze ciężkiej z George'em Foremanem i mało brakowało, by ją wygrał. Jako jedyny pięściarz wytrzymał trzy rundy z tym zawodnikiem, który w okresie swojej największej świetności miał pięści jak młot.

- Po walce Foreman przyszedł do szatni, by zobaczyć, jak wygląda ten Polak, którego pokonał dopiero w trzeciej rundzie - wspomniał Jerzy Kulej. Może to i prawda, że prawdziwi mężczyźni to jest już rzadki gatunek, ale można się było przekonać, że jeszcze są.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kiedyś trenowałem w szkółc

Błedy w artykule:Kiedyś nie do pomyślenia było,aby nie znać słynnego trenera zwanego Papa Stamm (a nie Stomma!!!)

Więcej informacji na stronie głównej Głos Koszaliński
Dodaj ogłoszenie