Mistrzowie świata w siatkówce, czyli wszystkie dzieci Vitala Heynena

Tomasz BilińskiZaktualizowano 
Reprezentacja Polski wygrała 10 z 12 meczów mistrzostw świata. sylwia dabrowa / polska press
SIATKÓWKA. REPREZENTACJA POLSKI. Tylko niepoprawni optymiści mogli się spodziewać, że polscy siatkarze znów wygrają mistrzostwa świata. Start mieli udany. Później jednak pojawiły się problemy. Ale dzięki doświadczeniu i charakterom zawodników oraz ich relacjom, także z trenerem, udało się je przezwyciężyć.

- Nie oceniajmy kogoś, jeśli nie przeszliśmy metra w jego butach - zbagatelizował pochwały pod swoim adresem Bartosz Kurek. Pod nosami słuchaczy pojawił się lekki uśmiech. Trąciło tanim Paulo Coelho. Jednak najlepszy zawodnik siatkarskich mistrzostw świata wiedział, co mówi. Jego droga do złotego medalu mundialu nadaje się na film. Nie gorszy niż seria „Rocky” z Sylvestrem Stallone’em.

Mógłby zacząć się od nieudanych igrzysk olimpijskich w 2016 r. w Rio de Janeiro. Choć zdaniem części ekspertów, Kurek, który wrócił do kadry, był jednym z najjaśniejszych punktów drużyny. Tyle że jeśli nawet to prawda, to w zespole nic nie funkcjonowało jak należy. Polska w mało przekonującym stylu wyszła z grupy i jak zwykle odpadła w ćwierćfinale.

Po turnieju siatkarz miał wyjechać do Japonii, bo podpisał kontrakt z JT Thunders Hiroszima. Z przenosin nic jednak nie wyszło, bo wycofał się z danego słowa. Wydał oświadczenie, że zawiesza swoją karierę. „Zmęczenie skumulowane przez wiele lat ciągłego grania zaowocowały ogólnym narastającym osłabieniem organizmu i wypaleniem mentalnym, w efekcie czego straciłem coś, co zawsze mną kierowało, czyli pasję i chęć do grania. Doszedłem do takiego momentu, w którym stwierdziłem, że zdrowie i wizja długoletniej kariery jest ważniejsza niż nawet największy kontrakt” - oświadczył Kurek, który w kolejnych tygodniach drastycznie tracił na wadze.

Pomocną dłoń wyciągnęła do niego PGE Skra Bełchatów, gdzie mógł pomału odzyskiwać formę. Wsparcie miał w swoich rodzicach, którzy też grali w siatkówkę - Adamie (mistrz Polski z AZS Częstochowa oraz 84-krotny reprezentant kraju) i Iwonie (Polonia Świdnica) - i nie patyczkowali się, gdy trzeba było synowi przemówić do rozsądku. Mniej więcej wtedy związał się z reprezentantką Polski Anną Grejman, która była nieoceniona przy wyjściu z dołka.

Był to drugi raz, gdy wychowanek AZS PWSZ Nysa nie poradził sobie z presją. Pierwszy miał miejsce po wygranych mistrzostwach Europy w 2009 r. Kurek miał wtedy 21 lat i został okrzyknięty nadzieją polskiej siatkówki. Nie na wyrost, bo przecież udanie debiutował w lidze jako 16-latek - u boku swojego ojca. Lata później przyznał, że nie dorósł do miejsca, w którym się znalazł. Nie potrafił poradzić sobie z sukcesem. Wprawdzie nie popadł w nałogi, ale narzucił zbyt duże wymagania co do swojej formy. W efekcie wystarczyła jedna nieudana akcja w meczu, by mentalnie się rozsypał.

Zresztą do dziś alergicznie reaguje na niektóre pytania dziennikarzy. Czasem traktuje je jak ataki. W meczu z Iranem (3:0) w pierwszej fazie mistrzostwa świata Kurek miał dobre statystyki poza atakiem. Gdy został po nim o to zapytany, uciął: - Najlepiej odpowiedzieć tak, że wygraliśmy 3:0 - odwrócił się na pięcie i poszedł. To ponoć dlatego, że do siatkówki podchodzi bardzo emocjonalnie. Z drugiej strony - w prosty sposób. - Ja tylko macham ręką - wzruszał ramionami po kolejnych meczach, w których bombardował przeciwnika.

- Często używacie stwierdzenia „przełamanie”, „odblokowanie się”, ja tak na to nie patrzę - cmoknął z niesmakiem Kurek. Może dlatego, że ze złotym medalem na szyi i nagrodą dla MVP turnieju w ręku, to postanowił sprawę wyjaśnić. - Uważam, że cały czas grałem dobrą siatkówkę. Od początku przygotowań pracowałem nad formą, poprawiając ją. Pamiętajmy, że zacząłem je po kontuzji odniesionej w Turcji. Nie oczekiwałem zbyt wiele od siebie, wiedziałem, że na wszystko potrzebny jest czas. Spokojnie i ciężko pracowałem. To przyniosło efekty.

W mistrzostwach świata był lepszy niż w 2012 r. w Lidze Światowej. Też grał świetnie i w dużej mierze dzięki niemu Polacy wygrali rozgrywki. Igrzyska w Londynie znów były niewypałem, a forma Kurka przez następne dwa lata pikowała. Skończyło się tym, że Antiga w ostatniej chwili skreślił go z kadry. Trener tłumaczył decyzje względami sportowymi, ale ponoć nie tylko one miały wpływ. W każdym razie do tematu nikt nie wracał, bo Polska wygrała mundial, a wkrótce obaj znaleźli nić porozumienia. W pamięci zostały tylko reklamy jogurtu z siatkarzem - z jego młodszym bratem oraz hasłem: „Możesz być, kim chcesz”. Tylko nie mistrzem świata. Jeszcze.

Dla Kurka to była lekcja życia. Często przez pomyłkę był wymieniany jako złoty medalista. Z czasem nabierał do tego większego dystansu i nawet w Bułgarii, gdzie Biało-Czerwoni zaczęli drogę po drugi z rzędu tytuł, żartował ze swojego niedoszłego tytułu. W ostatnich miesiącach zmienił się nie do poznania. Także na boisku, a najwyższy bieg wrzucił w Turynie.

Bartosz Kurek: Nie oceniajmy kogoś, jeśli nie przeszliśmy metra w jego butach

Złote pokolenie

- Bartek to nie tylko świetny siatkarz, ale i człowiek. Mieszkaliśmy razem w pokoju i ten czas będę bardzo miło wspominał. Dużo rozmawialiśmy o życiu i karierze. Nie czułem się jak uczniak, który wysłuchuje nauczyciela - zaznaczył środkowy Jakub Kochanowski, który powiększa swój dorobek medalowy w błyskawicznym tempie.

Od 2015 r. co roku przybywa mu przynajmniej jeden krążek. Zaczął od mistrzostwa świata i Europy kadetów. Rok później dołożył mistrzostwo Europy juniorów, a za kolejnych 12 miesięcy mistrzostwo świata juniorów. Z tego ostatniego turnieju przywiózł nagrodę na najlepszego siatkarza. Między tymi medalami a mistrzostwem świata seniorów nie udało się nic osiągnąć podczas dorosłego Euro rok temu. Razem z nim medale kolekcjonuje kolega ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Spale, Bartosz Kwolek. W liceum ich trenerem był Sebastian Pawlik, który dziś jest w sztabie Vitala Heynena. Złota trójka skazana na sukces.

Choć mogło się zdarzyć, że utalentowani siatkarze uprawialiby inną dyscyplinę. Kochanowski chciał zostać piłkarzem. Ponoć rewelacyjnie spisywał się w bramce. Tyle że... nudził się na treningach. Mama zaprowadziła go więc na zajęcia siatkarskie, które okazały się strzałem w dziesiątkę. Mimo że początkowo trzeba go było temperować i karać dodatkowymi ćwiczeniami, bo nie zawsze przykładał się do zajęć. Dziś to 21-letni gość, który wie, czego chce, nie tylko w karierze sportowej, ale i w życiu. Po grze w Olsztynie u boku Daniela Plińskiego, jednego z najlepszych środkowych w historii reprezentacji Polski, w nowym sezonie będzie występował w mistrzu Polski - PGE Skrze. Z kolei Kwolek to MVP mistrzostw świata i Europy kadetów. Urodził się w Płocku, więc większość jego kolegów z podwórka marzyło, by zostać piłkarzami Wisły - nożnymi lub ręcznymi. Kwolek chodził na mecze obu. Zbierał autografy Marcina Wasilewskiego, Sławomira Peszki czy Ireneusza Jelenia. Szczypiorniaka trenował w podstawówce i gimnazjum. W końcu jednak dał się przekonać tacie, który w siatkówkę grał amatorsko, do spróbowania obecnie uprawianej dyscypliny.

Kacper, czyli Artur

Do siatkówki nie trzeba było za to namawiać Artura Szalpuka. Gdy Kurek dopiero rozpędzał się w pierwszej fazie mistrzostw świata, wiodącą postacią był 23-letni przyjmujący, który w zespole odpowiada za muzykę w szatni i autokarze. - Mój Kacperek - mierzwiła mu włosy mama, po kolejnych udanych meczach w Warnie (w Turynie po zwycięstwach cieszył się już ze swoją dziewczyną Olą).

Czemu Kacper? Bo tak miał mieć na imię. Jedna z cioć przekonała rodziców, że nie będzie dobrze brzmiało, gdy przyjdzie mu zajmować wysokie stanowisko. Zdecydowano się zatem na dwa - Artur Kacper. Tyle że rodzice używali tego drugiego. Dopiero w podstawówce przy czytaniu listy w dzienniku... Kacper dowiedział się, że jest Arturem.

Na punkcie dyscypliny ma fioła, bo była przy nim obecna od urodzenia. Jego ojciec Jarosław to wielokrotny medalista mistrzostw Polski. Grał m.in. AZS Olsztyn, Jastrzębskim Węglu i Legii Warszawa. W stołecznym klubie trenował pod okiem Wojciecha Drzyzgi, dziś komentatora Polsatu Sport. To z tamtych czasów Artur Szalpuk zna się z Fabianem Drzyzgą. Obaj byli zabierani przez ojców na treningi i mecze i bawili się wspólnie wokół boiska. To tam połknął bakcyla. Ponadto, gdy rodziców odwiedzali znajomi siatkarze, żaden nie mógł się wykręcić od chwili poodbijania z juniorem przez zaimprowizowaną siatkę. Gdy został siatkarzem, musiał przestać mówić do nich wujku i zacząć zwracać się do nich po imieniu.

Jakub Kochanowski: Każda krztyna energii była na wagę złota. Dosłownie!

Pięciu z dubletem

Natomiast Fabian Drzyzga to jeden z pięciu mistrzów świata z 2014 r. w obecnej drużynie. Urodził się w Bordeaux, bo akurat wtedy jego tata grał tam w siatkówkę. Jak każde dziecko rodzica-sportowca był oceniany surowiej. Od zawsze miał grubą skórę, ale przez ostatni rok postanowił unikać mediów - jakby zmęczony całą nagonką w kiepskim okresie kadry po 2014 r. Ponadto przez konflikt z Antigą (nie spodobało mu się ściągnięcie go z boiska, później przeprosił za swoje zachowanie) nie grał na miarę potencjału. Wyciszył się, podpisał kontrakt z Olympiakosem Pireus, a w Grecji jego żona Monika urodziła córkę. W Warnie i Turynie był, jak Kurek, lepszą wersją siebie.

Poza nim drugi tytuł z rzędu zdobyli libero Paweł Zatorski, środkowy Piotr Nowakowski, atakujący Dawid Konarski i przyjmujący Michał Kubiak. Ten ostatni jest kapitanem zespołu i liderem z prawdziwego zdarzenia. Nie ma potrzeby używania dramatycznych opisów stanu jego zdrowia. Faktem jest jednak, że lekarz kadry Jan Sokal musiał użyć swojego całego powołania, żeby nie doszło do tragedii. „Musiał”, bo Kubiak nie wyobrażał sobie, że zostawi drużynę przez zatrucie pokarmowe.

- To nie jest coś, co zostawi mnie w łóżku - przekonywał chwilę po tym, jak poinformował o swoich dolegliwościach przed czwartym meczem w turnieju, z Iranem. Widząc zaniepokojenie wśród dziennikarzy, zaczął żartować. - Zatrucie doskwiera mi od kilku dni. Chyba będę musiał walnąć sobie pięćdziesiątkę na odtrucie.

Żarty żartami (za te w drużynie najczęściej odpowiadają libero Damian Wojtaszek i rozgrywający Grzegorz Łomacz), ale im dłużej trwały mistrzostwa, tym kapitan wyglądał gorzej. Po meczach słaniał się na nogach, był blady jak ściana. Przez strefę wywiadów przechodził, prosząc o jak najmniej pytań. W Turynie nie miał głosu. Wszystko dawał z siebie podczas meczów. Taki był od zawsze. Tego nauczył go ojciec, Jarosław, który jest trenerem siatkówki. „Nie wymiękaj” to hasło, które słyszał najczęściej. Wbił je do głowy aż za bardzo.

Często dawało o sobie znać podczas spotkań, w których nerwowo robiło się pod siatką. Bywają takie, gdzie rywale nie przebierają w słowach, żeby sprowokować przeciwnika. Dla Kubiaka to wymarzone sytuacje. Takie go napędzają, zawsze jest w pierwszym rzędzie, a swoim zachowaniem pobudza drużynę do jeszcze lepszej gry. Za to gdy nie ma go na boisku albo ma gorszy dzień, to i zespół gra gorzej. Było to widać podczas turnieju, dlatego ryzykowano wiele, żeby 30-letni kapitan był gotowy do gry.

- Mecz to jest inna historia, poza boiskiem normalnie rozmawiamy. Może z siatkarzami z Iranu nie pójdę na kawę, ale normalnie się witamy - tłumaczył Kubiak, którego w kluczowej fazie turnieju wspierała żona i dwie córki - czteroletnia Pola i roczna Zoja. Z Polą i swoim bratankiem odbierał medal i puchar.

Od jakiegoś czasu to siatkarz, którego w swoim zespole chciałoby większość trenerów drużyn z wysokiej półki. Od roku gra w japońskim Panasonic Panthers. Co ważne, w tamtejszej lidze drużyny mogą mieć tylko jednego gracza z zagranicy. Nie tylko zdobył z nią mistrzostwo Japonii, ale stał się też jej liderem.

Mimo że jego ojciec trenował siatkówkę halową, to Michał swoją drogą zaczął od plażówki. Ze Zbigniewem Bartmanem (byłym reprezentantem Polski i klubowym obieżyświatem) zostali wicemistrzami świata do lat 18 i mistrzami Europy. Później Kubiak rozpoczął grę w hali. Z Bartmanem byli jak niemalże nierozłączni. Przyjaźnili się w życiu prywatnym i wybierali te same kluby. Dziś nazwiska jednego przy drugim (i na odwrót) lepiej nie wymawiać. Ich relacje popsuły się w 2013 r. i nie widać szans na ich naprawianie. - Takich sytuacji się nie wybacza - ucinał kapitan kadry, kiedy był pytany o powody konfliktu.

Dziś w drużynie kłótni nie ma spodziewać. Jest wręcz odwrotnie. Każdy za każdym skoczyłby w ogień. Po porażkach z Argentyną i Francją, gdy Polacy stanęli pod ścianą, bo awans do trzeciej rundy stawał się coraz mniej realny, to między graczami doszło do spotkania, podczas którego w zespół wstąpiły nowe siły.

Fabian Drzyzga: To był jeden z najspokojniejszych meczów w mojej karierze

Bułka z czekoladą

Na dodatek na czele kadry stoi Vital Heynen, czyli prawdopodobniej najbardziej szalony trener w stawce. Treningi wymyśla takie, że nie sposób się na nich nudzić. Wykorzystuje w nich krzesła, zasłony, plastikowe drzewka, jakie można znaleźć np. na placu zabaw, wózki sklepowe... Ogranicza go tylko wyobraźnia. Nieraz nagrodami za dobrze wykonane ćwiczenia są belgijskie czekoladki albo czipsy. Do tego duża swoboda i szczerość, która siatkarze cenią sobie najbardziej. Ma dwie zasady - zakaz spóźniania się i sen przez osiem-dziewięć godzin.

49-letni Belg w Polsce czuje się znakomicie. W 2013 r. zaczął pracę w klubie z Bydgoszczy. Jednocześnie prowadził reprezentację Niemiec, którą w 2014 r. doprowadził do brązowego medalu mistrzostw świata. Z Belgią rok temu zajął czwarte miejsce w mistrzostwach Europy. Kadrę Polski przejął po Ferdinando De Giorgim i zmienił funkcjonowanie reprezentacji o 180 stopni.

- Kocham tę drużynę, zawodnicy są dla mnie jak dzieci. Współpraca z nimi to sama przyjemność. Za każde moje dziecko, obojętnie, prawdziwe czy sportowe, czuję się odpowiedzialny - tłumaczył Heynen. Jakby studiował „Sztukę wojny” Sun Tzu. Na punkcie siatkówki ma świra. Mógłby o niej rozmawiać godzinami. Zresztą gaduła z niego wielka. Nie potrafił wytrzymać w biurze prasowym, gdy dziennikarze wysyłali materiały. Szukał wolnego słuchacza, któremu mógł opowiedzieć historię, jak kierowca autokaru nie patrzył na drogę, tylko oglądał filmy na telefonie. - Chciał nas zabić! - uśmiechał się, zajadając bułkę z... czekoladą. - Na stołówce nie zostało nic innego.

Po finale nie dowierzał w to, co się stało. Choć przed weekendem kupował bilety do Turynu dla swoich dwóch córek. Medal zdjął zaraz, jak mu go wręczono. - Mam go tu - wskazywał na głowę. Krążek oddał prezesowi PZPS Jackowi Kasprzykowi. Bo to szef związku mu zaufał, jak on zaufał siatkarzom, a oni jemu.

Bartoszek Kurek najlepszych zawodnikiem MŚ. "Ja tylko macham ręką"

Wideo

Materiał oryginalny: Mistrzowie świata w siatkówce, czyli wszystkie dzieci Vitala Heynena - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3