Ostatni lot cichociemnych

    Ostatni lot cichociemnych

    Piotr Polechoński, piotr.polechonski@mediaregionalne.pl

    Głos Koszaliński

    Głos Koszaliński

    Dionizy Sosnowski, pseudonimy "Józek”, "Zbyszek”.

    Dionizy Sosnowski, pseudonimy "Józek”, "Zbyszek”.

    Rok 1952. Nad Mzdowem, wtedy województwo koszalińskie, dziś pomorskie, wyskakuje dwóch spadochroniarzy-konspiratorów. Są pewni, że za granicę wysłała ich podziemna organizacja. Tymczasem to prowokacja.
    Dionizy Sosnowski, pseudonimy "Józek”, "Zbyszek”.

    Dionizy Sosnowski, pseudonimy "Józek”, "Zbyszek”.

    Z aktu oskarżenia: "Dnia 4 listopada 1952 r. z lotniska amerykańskich wojsk okupacyjnych w Wiesbaden (Niemcy Zachodnie) w godzinach wieczornych wystartował amerykański samolot wojskowy przystosowany do zrzutu skoczków spadochronowych i skierował się przez Niemcy Zachodnie, Szwecję, wyspę Bornholm w stronę Polski. Około północy tegoż dnia z pogwałceniem zasad prawa międzynarodowego przeleciał granice powietrzne Polski w okolicach Darłowa, po czym na terenie woj.
    koszalińskiego (okolice Mzdowa) dokonał zrzutu dwóch skoczków. Organa bezpieczeństwa wszczęły poszukiwania za zrzuconymi skoczkami, w wyniku czego ujawniono, że skoczkami tymi byli Stefan Skrzyszowski i Dionizy Sosnowski, którzy zostali aresztowani 6 grudnia". Kilka wierszy dalej: "O fakcie zrzutu władze bezpieczeństwa zostały tegoż dnia poinformowane przez miejscową ludność, w wyniku czego wszczęto poszukiwania". To było kłamstwo, zresztą nie jedyne w całej tej dramatycznej historii. Miejscowa ludność o niczym nie informowała, żadnych poszukiwań nie było.

    Odkrycie w archiwum

    Rok 2006, Warszawa. Za wielką ścianą z kartonów i teczek pełnych dokumentów pracownicy porządkujący archiwum Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego natrafiają na coś dziwnego. Zwinięty, miejscami mocno zniszczony, jedwabny materiał sporych rozmiarów. Gdy go rozwijają już wiedzą, co znaleźli: spadochron. Kilka godzin trwa śledztwo zdumionych archiwistów, zanim jasne staje się, kto i kiedy na nim wylądował. Należał do Dionizego Sosnowskiego, który wraz ze Stefanem Skrzyszowskim wylądowali na terenie ówczesnego województwa koszalińskiego w 1952 roku (dziś powiat słupski). Obaj byli członkami niepodległościowej, antykomunistycznej organizacji "Wolność i Niezawisłość". W Polsce mieli prowadzić akcję dywersyjną. Przez ponad miesiąc od wylądowania byli pewni, że zaraz po skoku przejęli ich członkowie WiN, którzy wcześniej przemycili ich przez granicę i przeszmuglowali aż do Niemiec, gdzie zostali przeszkoleni. Byli w błędzie - od początku do końca była to prowokacja bezpieki, której agenci podawali się członków WiN, a nieświadomi mistyfikacji spadochroniarze opowiadali im wszystko, czego dowiedzieli się za granicą o organizacji. To była jedna z najbardziej perfidnych i misternych akcji przygotowanych przez Urząd Bezpieczeństwa. Do rozpracowania polskich i zagranicznych struktur WiN wykorzystali prawdziwych konspiratorów i antykomunistów, czyniąc z nich swoich nie zdających sobie z niczego sprawy "agentów". A gdy ci już przestali być potrzebni, po pokazowej rozprawie w lutym 1953 roku, skazano ich na karę śmierci. Zostali straceni trzy miesiące później.

    Patrioci i prowokatorzy

    Dionizy Sosnowski. Wstępował pod pseudonim "Zbyszek", "Józef". Nie jest pewna jego data urodzin, w dokumentach są podawane dwie: 15 sierpnia 1927 lub 1929 roku. W 1948 roku przyjechał do Warszawy i rozpoczął studia medyczne, jednak wkrótce je przerwał i pracował jako wychowawca w ośrodku szkoleniowo-wychowawczym. Wiosną 1951 roku został wytypowany przez ZMP na Zlot Młodzieży w Berlinie, co zamierzał wykorzystać do ucieczki na Zachód. Jego losy zmieniły się z chwilą, gdy w czerwcu tego roku nawiązał z nim kontakt, podający się za członka WiN, agent UB Jarosław Hamiwka "Kamiński". Sosnowski nie zdawał sobie sprawy, że właśnie rozpoczyna grę, w której rolę wyznaczyła mu bezpieka. W styczniu 1952 roku zostaje przerzucony do Niemiec.

    Stefan Skrzyszowski. Pseudonimy: "Janusz Patera", "Bolek". Urodził się 27 grudnia 1911 roku, w Złoczowie. W latach 1931-1933 służył w Wojsku Polskim w oddziałach telegraficznych, później pracował jako wiertacz, kierowca i mechanik. Prawdopodobnie w końcowym okresie wojny był żołnierzem AK. W 1944 roku rozpoczął służbę w "ludowym" Wojsku Polskim, skąd w lutym 1945 roku zdezerterował. Od początku 1949 roku pracował jako mechanik w kapitanacie portu w Elblągu. W maju 1951 roku, za pośrednictwem brata Mariana, nawiązał z nim kontakt agent bezpieki Henryk Wendrowski "Józef", który podawał się za członka WiN. Ten namówił go do przyłączenia się do czynnej walki z komunistami. Stefan Skrzyszowski zgodził się też na przerzucenie na Zachód, do Niemiec, gdzie miał odbyć przeszkolenie radiotelegraficzne w Delegaturze Zagranicznej WiN.

    Szkolenie i powrót

    W Niemczech obu późniejszych spadochroniarzy przejmują prawdziwi członkowie WiN, którzy podobnie jak przybyła dopiero co dwójka z kraju, byli przekonani, że ci dwaj z Polski zostali wysłani przez autentyczne struktury WiN. Sosnowski i Skrzyszowski zostali skierowani na zorganizowany przez Delegaturę Zagraniczną WiN w Monachium, przy pomocy amerykańskich instruktorów, kurs radiotelegrafistów z elementami szkolenia dywersyjnego. Skrzyszowski ukończył go w lipcu i na kilka dni, w tajemnicy przed pozostałymi uczestnikami i Amerykanami, został skierowany do Londynu, gdzie przeszedł szkolenie na radiostacjach angielskich. Sosnowski ukończył kurs w sierpniu. Niedługo potem zapada decyzja, że obaj wracają do kraju. Specjalnym, amerykańskim samolotem, ale z częściowo polską załogą, mają nielegalnie przelecieć nad granicą i wyskoczyć na północy kraju. Obaj boją się lotu i skoku. Na pewno poczuli ulgę, gdy dotknęli ziemi, a wokół nich zaroiło się od przyjaznych twarzy. - No, nareszcie, czekaliśmy na was - pewnie usłyszeli. Bo tu prowokacja się nie skończyła i trwała dalej. Ubecy wiedzieli, że obaj skoczkowie więcej powiedzą swoim "przełożonym" z WiN niż podczas nawet najbardziej morderczego przesłuchania w jednej z ubeckich katowni. Ci dwaj myśleli, że są wśród członków prawdziwej, podziemnej organizacji, tymczasem w rzeczywistości tuż po skoku przejęła ich stworzona przez SB i dobrze zakonspirowana "V Komenda WiN", do której trafił przywieziony przez nich sprzęt, wyposażenie i pieniądze. Umieszczeni w "konspiracyjnych mieszkaniach" w Radości i Warszawie pisali raporty z przebiegu kursu przekonani, że robią to dla członków ich prawdziwej organizacji. Kiedy przekazali swym fałszywym dowódcom wszystkie informacje - maskarada się skończyła. Obaj zostali aresztowani przez tych samych ludzi, którzy przez miesiąc grali role podziemnych konspiratorów.

    Śledztwo i wyrok

    Rozpoczęło się prawdziwe śledztwo. Obaj spodziewali się kary śmierci, a jednak podczas zapoznawania ich z aktem oskarżenia podjęli dramatyczną próbę zmiany swojej sytuacji. Zdecydowanie występowali przeciw zarzutowi przechowywania przez nich spadochronów, radiostacji, broni i innego sprzętu oraz przedstawiania przywiezionych przez nich dla organizacji pieniędzy jako ich własności - korzyści, którą przyjęli za działalność szpiegowską.

    Niedługo potem zaczął się proces. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to jedynie pokazówka, że wyrok jest już ustalony. Nawet jeden z obrońców nie miał co do tego wątpliwości, bo za linię obrony przyjął stanowisko prokuratora. - "Dodatnie znaczenie tego procesu już sam Pan Prokurator podkreślił w swoim przemówieniu, a mianowicie, że proces ma bardzo duże znaczenie, bo niech robotnik, rzemieślnik, inteligent pracujący, inżynier wie, że wróg jeszcze kąsa, że ta przydeptana żmija jeszcze groźnie kąsa. Można powiedzieć, że zasługą oskarżonego Skrzyszowskiego jest to, że proces powstał i istnieje i ma dodatnie znaczenie" - mówił obrońca Edmund Biejat a fakt, iż jego klient nie skorzystał z danej mu przez Amerykanów ampułki trucizny skomentował :"On tego polecenia nie wypełnił i to też ma swoją wymowę, jeśli chodzi o jego zachowanie się", a zakończył : "Jeżeli chodzi o wymiar kary, to proszę sądu, ażeby ta kara nie była karą najsurowszą, jakiej żąda prokurator. Ażeby oskarżony w tej chwili nie żałował tego, że nie rozgryzł tej ampułki, którą miał w swoim posiadaniu. Ja proszę o wyrozumiały wyrok". Wyrok zapadł 18 lutego 1953 r.: dla obu kara śmierci. Trzy tygodnie później Najwyższy Sąd Wojskowy skargi rewizyjne obrońców "pozostawił bez uwzględnienia". Wyrok wykonano 15 maja 1953 r. w wię­zieniu mokotowskim. Tak zginęli ostatni cichociemni, którzy w ostatnią swoją misję ruszyli jako nieświadomi agenci komunistycznej bezpieki.

    Spadochron Sosnowskiego

    ...zakurzony i zapomniany, przeleżał w archiwum przez ponad 50 lat. Po odkryciu w 2006 r. trafił do Instytutu Pamięci Narodowej. Potem został przekazany gdzieś dalej, ale tutaj nieoczekiwanie ślad się po nim urywa. Jakiś czas temu pracownicy koszalińskiego IPN próbowali go odszukać, był plan, aby go przywieźć do Koszalina i zaprezentować w ramach jednej z wystaw. Jak do tej pory to się nie udało. Spadochron Dionizego Sosnowskiego - niemy świadek ubeckiej prowokacji i dramatu dwóch spadochroniarzy, którzy w nocy z 4 na 5 listopada 1952 roku wylądowali w naszym regionie - zaginął po raz drugi.

    Wolność i Niezawisłość

    "Wolność i Niezawisłość" (WiN): organizacja konspiracyjna utworzona we wrześ­niu 1945 po rozwiązaniu Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj (podziemnego kierownictwa walki zbrojnej). WiN miało być ruchem społeczno-politycznym, walczącym w obronie praw obywateli i niepodległości Polski. Żądało przeprowadzenia w Polsce wolnych wyborów parlamentarnych, przywrócenia swobody zrzeszania się i wolności prasy. W 1946 roku WiN podporządkowało się emigracyjnym władzom polskim w Wielkiej Brytanii i uznało za priorytetową podziemną walkę zbrojną z komunistycznym aparatem terroru. WiN działało na obszarze całej Polski. Wkrótce powołało swoje zagraniczne przedstawicielstwo zwane Delegaturą WiN. Na przełomie lat 1945 i 1946 liczyło 30 tys. członków. Było silnie zwalczane przez władze komunistyczne: aresztowania zmniejszały stopniowo liczebność ruchu. WiN prowadziło wywiad i kontrwywiad (gromadziło informacje o wojsku, UB itp.), informację i propagandę, samoobronę, m.in. uwalnianie więzień, w których przetrzymywano opozycjonistów, walkę partyzancką. Do grudnia 1947 r. działały cztery kolejne zarządy, częściej zwane komendami WiN. Ich historia to dzieje setek aresztowań, dziesiątków wykonanych wyroków śmierci. W 1948 r. powstała V Komenda WiN. Była mistyfikacją. Stworzył ją III Departament Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Celem tej prowokacji, zwanej grą "Cezary", było ostateczne rozbicie WiN w Polsce i infiltracja zagranicznej Delegatury WiN, a za jej pośrednictwem - zachodnich wywiadów. 28 grudnia 1952 r. Polska Agencja Prasowa doniosła o ujawnieniu się V Komendy WiN. Jej dowódcy, czyli w rzeczywistości agenci bezpieki, przekazali władzom bezpieczeństwa broń, radiostacje, szyfry oraz ponad milion dolarów. Dolary - zaznaczyła prasa - otrzymali od wywiadu USA. Gazety podały treść oświadczenia szefów "WiN": "Kierowaliśmy organizacją wtedy, kiedy na naszych oczach w Warszawie rosły nowe dzielnice mieszkaniowe, dziesiątki nowych fabryk, kiedy zaczęto wznosić Nową Hutę, kiedy odbudowywał się stary Gdańsk (...) Będziemy organizację stopniowo likwidowali".

    Za pomoc w dotarciu do źródeł dziękuję Michałowi Ruczyńskiemu, pracownikowi koszalińskiej delegatury IPN.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Głosie Koszalińskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (2)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (2) forum.gk24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo