Zdjęcie z pogrzebu

Sylwia ZarzyckaZaktualizowano 
- Całe szczęście, że mam jego, jest dla kogo żyć  &#8211; mówi Anna Wittbrodt, pokazując na synka Kacpra. Chłopiec ma dwa i pół roku.  &#8211; Boję się teraz o niego. Nawet na podwórko go nie wypuszczam. Dlaczego? Bo może się mu coś stać. Tu, niedaleko nas, jest takie niezabezpieczone szambo. Gdyby tam <br>wpadł?!<br>
- Całe szczęście, że mam jego, jest dla kogo żyć – mówi Anna Wittbrodt, pokazując na synka Kacpra. Chłopiec ma dwa i pół roku. – Boję się teraz o niego. Nawet na podwórko go nie wypuszczam. Dlaczego? Bo może się mu coś stać. Tu, niedaleko nas, jest takie niezabezpieczone szambo. Gdyby tam wpadł?! Piotr Czapliński
W Polsce statystycznie umiera ośmioro z tysiąca noworodków. To sucha statystyka. Gdyby ją porównać z tą z lat osiemdziesiątych, można powiedzieć: nie jest źle. Wtedy nowo narodzonych dzieci umierało trzy razy tyle co dziś.

Ale za każdym takim "statystycznym" zgonem kryje ludzka tragedia, żal, pretensje, pytanie: "Dlaczego to spotkało właśnie mnie?". Takie pytanie zadają sobie rodzice Mateusza, który żył zaledwie dwa dni.
Matka ze zdjęcia to Anna Wittbrodt. Ma wielki żal do lekarzy, którzy prowadzili jej ciążę. - Gdyby wcześniej wykryli, że moje dziecko jest chore, nie poszłoby do ziemi - mówi połykając łzy. W czasie ciąży - tak na wszelki wypadek - chodziła do dwóch ginekologów. W Szczecinku, żeby było blisko z Sitna, gdzie mieszka, i w Koszalinie, bo tu jeździła ze swoją pierwszą ciążą. A że cierpi na epilepsję, zachowała szczególną ostrożność. - Wolałam dmuchać na zimne. Żeby dziecku się nic nie stało - podkreśla. Dwa i pół roku temu na świat przyszedł jej starszy syn. O tym, że będzie miała drugie dziecko, zadecydowała wspólnie z mężem. To była świadoma decyzja, choć oboje wiedzieli, że jej padaczka jest w takim wypadku jak tykająca bomba. - Chcieliśmy mieć dwoje dzieci. Jedno źle się chowa - tłumaczy.
Brzuch rósł, a ona się cieszyła. Liczne kontrolne wizyty kończyły się słowami: "Wszystko w porządku". Uspokajały. Do tego były badania USG, w które kobiety w ciąży wierzą jak w Boga. - Doktor Pieniak robiła mi takie badanie w 13. tygodniu ciąży, doktor Tomczyk w 26. Oboje mówili, że wszystko jest w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo, serduszko pracuje, płuca rosną. Ani słowem nie wspomnieli, że coś może być nie w porządku. A ja im wierzyłam. Doktor Pieniak prowadziła moją pierwszą ciążę. Bardzo jej ufałam, wtedy było wszystko w porządku. Mówiła, że jak urodziło się pierwsze, to i drugie się urodzi - wspomina dzisiaj matka. Lekarka skierowała ją na badanie genetyczne. Wynik też nie był niepokojący.
Wówczas, gdy ciąża była już zaawansowana - ze względu na padaczkę matki - oboje lekarze ginekolodzy kierowali ją do szpitala. Tak na wszelki wypadek, żeby była pod stałą lekarską kontrolą. - Ale w Szczecinku powiedzieli, że mnie nie przyjmą. W Koszalinie też mnie nie chcieli - opowiada Anna. Lekarz ze szpitala, uzasadniając odmowę przyjęcia, napisał: "Brak wskazań do hospitalizacji". Matka usłyszała: "Pani jest zdrowa. Może pani nosić dziecko do 42. tygodnia."
Ale pod koniec maja zaczął jej opadać brzuch. Co to znaczy, wiedzą wszystkie kobiety, które były w ciąży. Zbliża się poród. Do tego doszły ataki epilepsji. Wtedy w końcu trafiła do szpitala w Koszalinie. I zaczął się maraton złych wiadomości. - Najpierw, po badaniu USG, lekarze powiedzieli, że dziecko ma poprzerywane jelita. -Ale uspokajali, że zrobią operację i wszystko będzie w porządku - opowiada. Zaczęła się bać, ale wierzyła, że rzeczywiście wszystko będzie dobrze. Ze szpitala w Koszalinie została przewieziona do szpitala w Szczecinie. Tutaj usłyszała, że także z sercem dziecka jest coś nie tak. Być może trzeba będzie szukać ratunku w klinice w Łodzi - zapowiedzieli lekarze. Pomyślała, że jak trzeba będzie, to do tej Łodzi pojedzie. Ale potem przyszedł następny specjalista i powiedział, że płuca dziecka też się nie wykształciły. Usłyszała, że ma się szykować na najgorsze.

Wielki żal

Mateusz urodził się przez cesarskie cięcie. Anna mówi, że był bardzo podobny do starszego synka. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak inne noworodki, tylko nie oddychał samodzielnie. Był na skraju życia i śmierci.
Z karty szpitalnej: "Noworodek płci męskiej, urodzony w 39. tygodniu ciąży. Rozpoznanie: przepuklina przeponowa". To na pierwszy rzut oka niegroźne stwierdzenie, w przypadku noworodka oznacza tragedię. Obrazowo mówiąc przepuklina u takiego dziecka jest jak niezawiązany worek, przez który do klatki piersiowej dostają się jelita. Z tego powodu nie ma miejsca dla płuc, serca, często nerek. Dziecko rodzi się praktycznie niezdolne do samodzielnego życia. - W Szczecinie próbowali go ratować. Zrobili mu operację. Ale nie odzyskał przytomności - mówi matka.
Matka ma pretensje do lekarzy, którzy się nią opiekowali w czasie ciąży. Bo gdyby wtedy któryś z nich na USG rozpoznał, że dziecko rozwija się nie tak jak powinno, to można było wcześniej zareagować. Słyszała, że są operacje w łonie matki. Może one uratowałyby życie Mateusza? A nawet jeśli nie, to i ona, i mąż mieliby czas na przygotowanie się na najgorsze. Nie byłoby tej przedwczesnej radości. Nie zgodziłaby się na wcześniejsze cesarskie cięcie, bo wiedziałaby, że wtedy dziecko będzie żyło dłużej. Nie kupowałaby nowych mebelków, łóżeczka, pościeli. A tak to je pierwsze zobaczyła, gdy wróciła do domu.
Do siebie też ma żal. Bo kiedy usłyszała, że synek umiera, zaczęła strasznie płakać. Nie chciała iść na oddział, gdzie leżał, taka opuchnięta od łez, czerwona, załamana. Poszła do łazienki, by tam się wypłakać. Jak wyszła z tej łazienki, usłyszała, że umarł. - Gdybym wtedy do niego poszła, mogłabym go jeszcze przytulić za życia. A tak? Nie zdążyłam się pożegnać. Pociesza się, że przynajmniej mąż zdążył. Mieszkał w tym czasie w Szczecinie, by być obok. Jak tylko zadzwonił telefon ze szpitala, zaraz przyjechał. Ostatni raz przytulił synka.

Trudno odczytać

W opinii specjalisty

Doktor Zbigniew Celewicz, wojewódzki konsultant ds. ginekologii i położnictwa w Szczecinie, potwierdza słowa lekarzy, że zdiagnozowanie przepukliny przeponowej podczas badania UGS jest bardzo trudne. Mówi, że nie jest to jedynie kwestia jakości aparatu UGS. Konieczny jest także człowiek, który to badanie odczyta. Czy każdy lekarz jest w stanie stwierdzić przepuklinę przeponową u nienarodzonego dziecka? I tak, i nie... To, na szczęście nie jest częsta wada, a więc żaden ginekolog nie może w tym wypadku działać na podstawie wcześniejszego doświadczenia. Lekarz dodaje, że nawet w przypadku trafnej, szybkiej diagnozy, szanse na to, że dziecko z taką wadą przeżyje, są bardzo małe. Przeprowadzane są co prawda operacje prenatalne - to znaczy jeszcze w łonie matki - ale jest to kilkaset przypadków rocznie w skali całego świata. Najbliżej nas wykonywane są one w Brukseli. I nawet w tym wypadku nie ma gwarancji, że zakończą się sukcesem.
Doktor Celewicz jest właśnie po spotkaniu ordynatorów oddziałów położniczych szpitali w Zachodniopomorskim. Od kwietnia do czerwca urodziło się w nich ponad 4 tysiące dzieci. Zmarło sześcioro noworodków. - Przeanalizowaliśmy wszystkie te przypadki. Doszliśmy do wniosku, że w dwóch można było jeszcze coś zrobić. Ale bez żadnych gwarancji na to, że udałoby się uratować dziecko - zastrzega dr Celewicz.

Lekarze zaś mówią o... pechu. - Ona ma do mnie żal? - dziwi się doktor Irena Pieniak. - Przecież ja zrobiłam dla niej wszystko, znacznie więcej niż normalnie się robi. Skierowałam ją na badania genetyczne. Bardzo pomagałam, mówiłam, co trzeba robić. Badania UGS nie pamięta, ale nie ma sobie nic do zarzucenia. - Przepuklinę przeponową bardzo trudno zobaczyć - dodaje. - Poza tym ona powinna się liczyć z tym, że z ciążą będą kłopoty, ze względu na jej chorobę. Neurolog stanowczo odradził jej rodzenie dzieci. Zresztą to pierwsze dziecko odziedziczyło po niej chorobę. Ale ani ja, ani żaden inny lekarz zabronić jej tego nie mógł. Z tym szpitalem to też był problem, bo przecież nie było żadnych wskazań, żeby kłaść ją na oddział. Lekarka dziwi się, dlaczego po tym wszystkim matka nie przyszła do niej. Wtedy by porozmawiały, wyjaśniłaby jej wszystko.
- Boję się tego. Nie wiem jak zareaguję, gdy zobaczę jej twarz. Pewnie zaczęłabym krzyczeć - wyjaśnia Anna. Ale była u doktora Tomczyka. Spytała dlaczego nie zauważył, że jej dziecko nie rozwija się tak jak powinno. - Zaczęłam płakać, a on powiedział, że ma źle działający aparat USG - mówi matka.
- Na pewno tak nie powiedziałem. Rozumiem, że ta pani może mieć żal. Ale zupełnie bezzasadny. Taka wada może być w czasie badania UGS niewidoczna. Dlatego na tę sprawę trzeba patrzeć bardzo ostrożnie - stwierdza Marek Tomczyk. Sprawdza w dokumentach. - Ona często do mnie nie przychodziła. Była u mnie w 26. albo w 27. tygodniu ciąży. Dałem jej wtedy skierowanie do szpitala. Co się potem działo, nie wiem - mówi.

Za dużo pracy?

Po śmierci Mateusza jego matkę spytano, czy godzi się na wykonanie sekcji zwłok. Powiedziała, że tak. Czekała na wynik. Chciała wiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło. Dostała go po kilku tygodniach. Skserowaną kartkę papieru. Niczego się z niej nie dowiedziała. - Wszystko jest po łacinie. Lekarz w rejonie, jak go porosiłam, żeby mi to odczytał, powiedział, że to nie jego sprawa. Znajomi radzą, żebym poszła z tym do księdza, może on to odczyta - płacze matka.
- Wyniki sekcji zwłok zawsze są przez nas sporządzane w języku łacińskim - wyjaśnia lek. Andrzej Kram z Zakładu Patomorfologii Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, który sporządzał sekcję. - I w takiej formie odsyłamy je do tego szpitala, który zlecał nam wykonanie sekcji. Tam wynik powinien zostać przetłumaczony na język polski i wysłany rodzinie zmarłego. Jeszcze lepiej, gdy któryś z lekarzy spokojnie, osobiście wytłumaczy co było przyczyną zgonu. Ale być może w szpitalu mieli dużo pracy i tego nie zrobili…

* * *
Wyniki sekcji zwłok chłopca przetłumaczyliśmy przy pomocy zaprzyjaźnionego lekarza. U Mateusza stwierdzono: niewydolność krążenia, udar mózgu, przepuklinę przeponową, niedorozwój lewego płuca, niedorozwój lewej nerki, duży moczowód po prawej stronie, krwiak mózgu, krwotok podoponowy, rozedmę lewego płuca, wcześniactwo, niedorozwój płuc i mięśnia sercowego.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3