Jak wygląda kwarantanna z powodu koronawirusa? Przeszła ją nasza reporterka

Magdalena Owczarek
Magdalena Owczarek jest dziennikarką ze Złocieńca, od wielu lat współpracuje z Głosem Koszalińskim
Magdalena Owczarek jest dziennikarką ze Złocieńca, od wielu lat współpracuje z Głosem Koszalińskim archiwum
Nasza reporterka opisuje krok po kroku jej zderzenie ze służbą zdrowia w okresie pandemii koronawirusa.

- Dziewiątego marca spotkałam się ze znajomym, który przyleciał z Włoch. Była to pierwsza fala zachorowań na COVID-19 w Polsce, więc jeszcze nikt się nie bawił w obowiązkowe testy dla przyjeżdżających (dalej tak jest), tym bardziej bez objawów. 13 marca temperatura wzrosła mi do 38 stopni Celsjusza i bardzo zaczęło boleć gardło. W sobotę ból gardła ustał, ale pojawiło się takie osłabienie, że przejście z łóżka do łazienki było wielkim wyczynem. Pociłam się jak szczur, ciemno przed oczami, ból mięśni, pleców i klatki piersiowej. W niedzielę doszedł kaszel.

Zgodnie z procedurami zalecanymi przez Ministerstwo Zdrowia, zadzwoniłam do sanepidu oraz na infolinię NFZ - niestety przez weekend obie instytucje nie odbierały telefonów. W poniedziałek na infolinii NFZ dowiedziałam się, że jestem 50. w kolejce oczekujących i mam zostawić swój numer, to oddzwonią. Zostawiłam. Nie oddzwonili. W międzyczasie znalazłam email do NFZ, napisałam wiadomość z prośbą o poradę gdzie się zgłosić - podałam wszystkie objawy, opisałam sytuację. Zadzwoniłam do sanepidu. Tym razem udało mi się dodzwonić, jednak pani pracownik sanepidu uznała, że mam zadzwonić do lekarza rodzinnego na teleporadę. Zadzwoniłam, lekarz zapytał czy mam leki na obniżenie gorączki i ból gardła i dał zwolnienie na tydzień.

W czwartek dostałam odpowiedź z NFZ na maila - że mam się natychmiast skontaktować ze szpitalem zakaźnym, do wyboru Wałcz, Koszalin albo Szczecin. Zadzwoniłam do Wałcza, opisałam objawy, powiedziałam, że jest już lepiej (gorączka spadła, ale cały czas mam stan podgorączkowy i NFZ skierował mnie do państwa). „Musi pani do nas przyjechać” - usłyszałam. By nie narażać nikogo, sama wsiadłam w samochód i pojechałam. Półtorej godziny później byłam w Wałczu.

Dzwonek do drzwi oddziału zakaźnego. Krótki wywiad przez domofon, w jakiej sprawie. - Podejrzenie koronawirusa. - Proszę czekać. Po 5 minutach drzwi się otworzyły i pielęgniarka w fartuchu ochronnym, rękawiczkach i maseczce wskazała mi płyn do dezynfekcji rąk, dostałam do zawiązania maseczkę i mogłam pójść z nią do izolatki. Pomiar temperatury, ciśnienia. Przyszła lekarka. Dostałam do wypełnienia dokumenty, które pani skrupulatnie sprawdziła („Codziennie przysyłają nam nowe druki, pogubić się można”), przeprowadziła ze mną wywiad, zbadała i podjęła decyzję o pobraniu wymazu z nosa na obecność koronawirusa.

Zabieg do najprzyjemniejszych nie należy (wrażenie jakby wtłaczano przez nos chrzan do mózgu), ale ostatecznie niecałą godzinę od przyjazdu do szpitala byłam już w drodze do domu. Dostałam kartę informacyjną o dalszych procedurach, poinformowano mnie, że wynik otrzymam telefonicznie z sanepidu, i że wraz z mężem jesteśmy od dziś objęci kwarantanną. Obsługa personelu szpitala była bardzo miła. Zapytałam, czy dużo mają takich przypadków. - Telefony urywają się u nas w przychodni. Na oddziałach na razie pacjentów mamy bardzo mało - powiedziała pani doktor. Testy wykonują codziennie. Czas oczekiwania na wynik od kilku dni do tygodnia...

Nie zdążyłam dojechać do domu, gdy zadzwonił telefon z sanepidu z informacją, że nakładają na nas kwarantannę (na mnie dozór, na męża kwarantannę). Mamy obowiązek pozostania w domu i codziennego mierzenia temperatury i wysyłania jej do sanepidu. Byłam zaskoczona jak świetnie to wszystko działa. Póki co...

Wieczorem pierwszy raz odwiedzili nas policjanci - stojąc pod blokiem z telefonem kazali nam machać w oknie. Najpierw mi, później mężowi, a na końcu... Kubie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale mieszkamy z mężem sami, żadnego Kuby w rodzinie nie mamy. Skonsternowani policjanci podali mi imię i nazwisko chłopca, które znów nic mi nie mówiło.

- Ten chłopiec ma podany ten adres jako miejsce kwarantanny. Na pewno go u was nie ma? - nie dawali za wygraną. Chwilę później telefon do męża. Policja w Drawsku. Również w sprawie Kuby. Może jednak go znamy albo wiemy gdzie może mieszkać. Nie znamy. Policjant prosi męża, żeby podał numer do mnie (policjanci ze Złocieńca rozmawiali ze mną, więc numer mają). Mąż podaje. Okazuje się, że numer do męża jest zapisany jako numer Kuby, pod numerem wpisanym jako mój zgłasza się jakiś mężczyzna, mojego nie mają. Pewnie przesunęła się jakaś tabelka w excelu...

Rano telefon z sanepidu. Pani pyta o objawy, dziękuje za przesłanego smsa z temperaturą. „Czy dostała już Pani może wynik?”. Lekko zdezorientowana mówię, że zgodnie z procedurą to sanepid otrzymuje wynik i informuje mnie o nim, nie odwrotnie. Pani mówi, że pierwsze słyszy i że gdybym się jednak czegoś dowiedziała to prosi o kontakt. Po południu znów odwiedza nas policja. Pytają czy czegoś nie trzeba, leków, zakupów. O Kubę już nie pytają.

W sobotę rano przyjeżdża dzielnicowy. Machamy, żartujemy przez telefon. - Widzę, że macie nowego lokatora, co? - śmieje się dzielnicowy. - Spokojnie, już to odkręcają - dodaje. Poinformował nas też, że kara za złamanie kwarantanny wzrosła do 30 tysięcy złotych.

Następnego dnia również odwiedza nas dzielnicowy. Proponuje ściągnięcie aplikacji „Kwarantanna”, bo obecny system jest niewydolny. - Mamy 30 zleceń, a na kwarantannie jest ponad 100 osób. Was kontroluję regularnie, o innych nie mam pojęcia, że w ogóle są na kwarantannie.

Godzinę później odbieram telefon z sanepidu. - Czy wie pani może już coś o wyniku testu? Poirytowana zamknięciem i całą sytuacją cedzę przez zęby, że załącznik nr 3, który dostałam ze szpitala jasno mówi, że to sanepid powiadamia mnie, nie ja sanepid i że żadnego wyniku jeszcze nie mam. - Ale my mamy. Myślałam, że pani też go dostała. Wynik jest negatywny. Od jutra zdejmujemy z państwa kwarantannę, ale dziś proszę jeszcze siedzieć w domu, żeby bałaganu nie było.

Ta historia oczywiście skończyła się pozytywnie, ale pokazuje, jak jesteśmy nieprzygotowani na masowe zagrożenie. W szpitalach brakuje sprzętu, maseczek, pracowników. Dla policji i sanepidu to nowa sytuacja - nikt ich raczej wcześniej nie szkolił z postępowania w czasie pandemii. Są mili, życzliwi, pomocni, ale lekko wystraszeni, zagubieni - w procedurach i kolejnych dokumentach, które spadają na nich każdego dnia...

Jak uchronić się przed koronawirusem? [Zalecenia WHO i GIS]

Koszalin w trudnym czasie zagrożenia koronawirusem [zdjęcia]

Zobacz także Sergiusz Karżanowski, lekarz z Koszalina o koronawirusie

Wideo

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3