Zarząd PLL LOT zwolnił dyscyplinarnie 67 pracowników pokładowych. To efekt trwającego od czwartku strajku, który według władz narodowego przewoźnika jest nielegalny. Z kolei protestujący piloci i stewardessy przekonują, że będą dalej protestować, a ich zwolnienie jest bezprawne.

- W poniedziałek zostało odwołane jedno połączenie - z Warszawy do Krakowa. Mamy wrażenie, że sytuacja wraca do normy - przyznał w rozmowie z Agencją Informacyjną Polska Press rzecznik Polskich Linii Lotniczych LOT Adrian Kubicki. W sumie od czwartku z powodu strajku odwołano około 20 lotów. Niewykluczone, że pasażerowie nie otrzymają rekompensat za odwołane loty. - Pasażerowie mogą składać reklamacje. Mamy jednak do czynienia z nielegalnym strajkiem, dlatego w tej chwili nie wiemy, jak zostaną one rozpatrzone - wyjaśnia Kubicki.

Strajk i zwolnienia w LOT. "Postulaty społeczne są dla nas najważniejsze"

Odwołane loty czy poszukiwanie pracowników na zastępstwo generuje ogromne straty. Dotychczas LOT mógł stracić już około 20 mln zł.

O powrocie do normalności nie mówią zwolnieni pracownicy, którzy od kilku dni strajkują przed warszawską siedzibą PLL LOT. - Protestujemy, ponieważ chcemy zwrócić uwagę całego społeczeństwa na to, jak zarządzana jest spółka LOT, jak marnotrawi się w niej kapitał ludzki i pieniądze - wyjaśnia zwolniona stewardessa Monika Żelazik, przewodnicząca związku zawodowego personelu pokładowego i lotniczego. Zwraca ona uwagę na największe problemy pracowników: złe traktowanie przez pracodawcę, brak listy starszeństwa czy kodeksu zbioru zasad pilotów, kuluarowe awanse, zatrudnianie na umowy śmieciowe czy próbę dzielenia pracowników przez prezesa.

CZYTAJ TEŻ | STRAJK I ZWOLNIENIA W LOT. CZY BĘDĄ UTRUDNIENIA DLA PASAŻERÓW?

Strajkujący przekonują, że zostali zwolnieni niezgodnie z prawem. Większość pracowników otrzymała wypowiedzenia mailowo, niektórym w burzliwej atmosferze wręczał je osobiście prezes. Jeden z pilotów otrzymał we wtorek przedsądowe wezwanie do zapłaty odszkodowania za odwołany lot do Toronto. Chodzi o 600 tys. zł. Pracownicy nie ukrywają, że czują się zastraszani i oczekują interwencji premiera, który nadzoruje LOT. - Rząd firmuje działania spółki swoją polityką. Gdzie jest pani wicepremier ds. społecznych Beata Szydło? - dopytywała Monika Żelazik.

Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, zwolnieni pracownicy mają szansę na powrót do pracy - muszą tylko zakończyć strajk i wyrazić chęć rozmów z kierownictwem LOT. Ta możliwość nie dotyczy jednak Moniki Żelazik. - Jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa pasażerów - przekonywał prezes LOT Rafał Milczarski.

We wtorek popołudniu do protestujących przyjechali politycy opozycji, m.in. Ewa Kopacz i Bartosz Arłukowicz, którzy wraz z protestującymi weszli do budynku (na zewnątrz padał deszcz i było zimno) - chcieli oni wspólnie rozmawiać z prezesem Milczarskim. Ze względu na okrzyki strajkujących i burzliwą atmosferę było to jednak niemożliwe. - Nie ma zgody na anarchię i bezprawie - grzmiał Milczarski. Jak mówił, większość pracowników (w LOT pracuje ok. 3 tys. osób) normalnie wykonuje swoje obowiązki i nie popiera protestujących.

Po godz. 15 rzecznik rządu Joanna Kopcińska nie miała informacji na temat ewentualnego spotkania premiera Mateusza Morawieckiego z protestującymi.

POLECAMY: