Po wypadku w Szczecinku. Powiat duży, a karetek mało

Rajmund Wełnic
Rajmund Wełnic
Wypadek karetki pogotowia uzmysłowił na jak cienkiej linii balansują ratownicy w powiecie szczecineckim. Szef szpitala walczy o jeszcze jedną karetkę, choć na wakacje.

Przypomnijmy, w minioną sobotę na drodze koło Radacza nowiuteńka karetka pogotowia jechała na sygnale do pacjenta, gdy urwała się zamontowana pod zderzakiem wyciągarka. Maszyna dostała się po podwozie. Kierowca z najwyższym trudem utrzymał "tańczący" po jezdni pojazd, który obróciło o 180 stopni. Jazda z wyciągarka pod podwoziem o mały włos nie zakończyła się dachowaniem, na szczęście karetka wsparła się o znak drogowy na skraju szosy. Wyciągarka rozerwała jednak zbiornik paliwa i uszkodziła inne elementy podwozia.

- We wtorek przyjechali przedstawiciele firmy z Radomia, którzy robili zabudowę podwozia mercedesa i zabrali go do naprawy zostawiając pojazd zastępczy - mówi Adam Wyszomirski, prezes szpitala w Szczecinku. - Karetka jest na 3-letniej gwarancji i oczekuję, że wróci do nas w takim samym stanie, w jakim ją odbieraliśmy zaledwie kilka miesięcy temu. Jeżeli tak się nie stanie, będę się domagał podstawienia nowego wozu. Szpital mobilny, którego karetka stanowiła główny element, kosztował 540 tys. zł, a więc bardzo dużo.

Powiat ma i będzie miał więc zabezpieczenie medyczne na dotychczasowym poziomie (karetka systemowa i dwie podstawowe): dwie w bazie w Szczecinku i jedna w Barwicach. Sęk w tym, że nieoficjalnie ratownicy mówią, że to za mało na rozległy powiat zamieszkały przez prawie 80 tysięcy osób, przecięty trzema ruchliwymi drogami krajowymi. - Powinniśmy dojechać na miejsce zdarzenia w ciągu 20 minut - jeden z ratowników mówi, że np. na krańce gmin Biały Bór czy Borne Sulinowo to nierealne. Dlatego te tereny - przynajmniej teoretycznie - zabezpieczają karetki z Bobolic i Czaplinka.

Często się jednak zdarza, że wszystkie ambulanse są zajęte i jest problem. Tak było i przy okazji ostatniego wypadku - do chorego w Szczecinku musiała jechać karetka z oddalonych o 30 kilometrów Barwic. Ale zdarza się, że oczekiwanie na przyjazd ratowników jest tak długie, że pomocy muszą udzielać strażacy.

- Jeszcze 2-3 lata temu mieliśmy średnio 90 wyjazdów tygodniowo - mówi Adam Wyszomirski. - Teraz nawet 150. To efekt tego, że ludzie wzywają nas do błahych przypadków traktując karetkę, jak lekarza rodzinnego na kółkach. Tylko jeden przykład z wczoraj: karetka jedzie do Bornego do chorego, bo boli go noga. Pacjent wyszedł dzień wcześniej z naszego szpitala i nie wykupił recept, więc go boli i wzywa karetkę. My jedziemy, dajemy zastrzyk, a co będzie jeżeli w tym czasie dojdzie do wypadku? Szef szpitala mówi, że ludzie ponownie przyzwyczaili się wzywać karetki z byle powodu. Na dodatek centralna dyspozytornia pogotowia z Kołobrzegu przyjmuje niemal każde zgłoszenie, w dużej mierze bojąc się, że jak nie wyśle karetki to będą nieprzyjemności.

- Tego już pewnie nie zmienimy, aby dyspozytor wrócił do Szczecinka - mówi Adam Wyszomirski. - Ale będziemy się starali sukcesywnie wymieniać karetki, jest szansa na kolejną. Rozmawiam też z wojewodą o potrzebie uruchomienia kolejnej filii pogotowia w Bornem Sulinowie, skąd mamy dużo zgłoszeń. Jest szansa, że to się nam uda, jeżeli nie na stałe to choć w czasie wakacji.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie