Słupsk pożegnał księdza Tofila. Przywitał go Koszalin

    Słupsk pożegnał księdza Tofila. Przywitał go Koszalin

    Michał Kowalski michal.kowalski@gp24.pl

    Głos Koszaliński

    Aktualizacja:

    Głos Koszaliński

    Na pożegnalnej mszy parafianki nie mogły powstrzymać łez. – Takiego księdza nie da się nie lubić i nie cenić – mówiło wielu ludzi.

    Na pożegnalnej mszy parafianki nie mogły powstrzymać łez. – Takiego księdza nie da się nie lubić i nie cenić – mówiło wielu ludzi. ©Fot. Łukasz Capar

    Prowadzi swoją posługę w iście amerykańskim stylu. Chociaż żal było go żegnać, trudno nie przyznać, że zasłużył na objęcie koszalińskiej katedry.
    Na pożegnalnej mszy parafianki nie mogły powstrzymać łez. – Takiego księdza nie da się nie lubić i nie cenić – mówiło wielu ludzi.

    Na pożegnalnej mszy parafianki nie mogły powstrzymać łez. – Takiego księdza nie da się nie lubić i nie cenić – mówiło wielu ludzi. ©Fot. Łukasz Capar

    - Dlaczego ksiądz został księdzem? - pytam. Siedzimy na wygodnej kanapie w dość dużym pokoju w mieszkaniu ks. Antoniego Tofila. Za dwa dni ten jeden z najbardziej znanych duszpasterzy w Słupsku pożegna się ze swoimi parafianami. Mimo tego, że w zasadzie jest już jedną nogą poza parafią św. Jana Kantego, praca wre. Cały czas ktoś przychodzi po ostatnie porady, by zakończyć swoje rozpoczęte sprawy. Proboszcz nie chce zostawić niczego bez finału. A na jego ostatnią mszę przyjdą tłumy. Chwilę później pojedzie do Koszalina, żeby objąć katedrę. W hierarchii kościelnej to awans.

    Dlaczego więc ksiądz został księdzem? - pytam - Ogólnie mówią, że to jest powołanie. Ktoś kogoś do czegoś tam powołuje. Jednoznacznej odpowiedzi nie ma - stwierdza proboszcz.

    Nie czułem się jakiś namaszczony

    Urodzony w 1960 roku w Bobolicach, wychował się w, jak sam mówi, "domu takim chrześcijańskim, ale bez sytuacji skrajnych, nie wiadomo jakiej gorliwości, ale rodzice chodzili do kościoła na msze."

    Dzieciństwo i wiek szkolny wspomina jako całkowicie normalny okres. No, może poza tym, że był ministrantem.

    - Spotykałem różnych księży, także takich pochłoniętych pasją. Proboszcza za to miałem ostrego, bardzo wymagającego - opowiada. - Natomiast życie młodzieńcze było normalne. Spotykałem się z rówieśnikami, grałem w piłkę, chodziłem na imprezy, nie stroniłem od ludzi, nie byłem jakiś namaszczony.

    Gdy podjął decyzję o tym, że pójdzie do seminarium, nikomu się nią nie chwalił.
    - Byłem związany z życiem religijnym kościelnym. Ale takie postanowienie to ryzyko. W tym przypadku wiąże się to z niesamowitą głębią - stwierdza.
    Trafił do seminarium w Poznaniu.

    Miałem anioła stróża

    - Poszedłem i... przeraziłem się tym, w co ja wchodzę. Jednak w miarę spędzania czasu wiedziałem, że dam radę - wspomina. - Doskonale radziłem sobie w towarzystwie, nauce, modlitwie. Miałem świadomość odpowiedzialności. To było najważniejsze. Każdy ma w życiu jakieś zatrzymania, ale rzeczy ważne należy pielęgnować. Nawet jak się upadnie, to można się podnieść - stwierdza.

    W każdym seminarium kandydaci na księży przechodzą przez ostre sito. Nie wszyscy nadają się przecież na księży, czy to ze względów psychicznych, czy innych. Niektórzy po prostu słyszą, że nie nadają się do tego. I muszą odejść. On wytrwał.

    W stan wojenny wchodził już jako kleryk. Święcenia przyjął w 1985 roku. - Nie głosiłem kazań patriotycznych - opowiada - Starałem się wykładać naukę Chrystusa, ona przecież mówiła wszystko.

    Nikt się go nie czepiał, bo, jak mówi, "miałem jakiegoś anioła stróża nad sobą."

    Od razu w 1985 roku trafił do parafii kościoła Mariackiego w Słupsku.

    - Zaczął wtedy nachodzić mnie jakiś mężczyzna, podchodził, zagadywał. Później się dowiedziałem, że pracuje w Służbie Bezpieczeństwa - opowiada ksiądz. - Gdy rozmawiałem z nim, nawet o tym nie wiedziałem. Ale ludzki pan był z niego chyba. Po prostu mi opuścił.

    W parafii mariackiej ksiądz Tofil spędził trzy pierwsze lata. Później były kościoły św. Maksymiliana Kolbe i Najświętszego Serca Jezusowego. W końcu przyszedł czas parafii św. Jana Kantego. Jego dzieła.
    O religii trzeba rozmawiać wszędzie

    Osiedle Akademickie w Słupsku to miejsce starych domków, poniemieckich kamienic i nowych willi. W latach 80. należało do parafii Najświętszego Serca Jezusowego. Ksiądz Tofil dostał polecenia stworzenia nowej parafii.

    Zaczynał od zera. Kościół wybudował ze starej stodoły. Dziś to jeden z najbardziej nastrojowych kościółków w mieście. Swoim przykładem, aktywnością, zachęcał ludzi, by zaczęli do niego przychodzić. Przyznaje, że na początku z tym różnie bywało.
    Szybko zasłynął z bardzo liberalnego, jak na warunki polskie, podejścia do wszelkich spraw związanych z organizacją parafii. Wzorce czerpał z podróży do Stanów Zjednoczonych.

    - Spotkałem za oceanem taką parafię, gdzie otwartość proboszcza i jego współpracowników była wielka, co nie oznacza, że tak jest tam wszędzie - stwierdza.
    W Słupsku pojawiły się jednak pomysły, których do tej pory nikt nie kojarzył z działalnością kościelną.

    Na przykład pikniki parafialne, na których organizowane są loterie, a także, co było sporym zaskoczeniem, można kupić piwo, zatańczyć przy orkiestrze, zjeść kiełbaskę i głośno się wykrzyczeć.

    - Zadaniem kościoła jest prowadzenie ludzi do Pana Boga, ale przecież można ich prowadzić różnymi drogami. Modlimy się na mszach świętych. Wówczas nie ma możliwości rozmów i dyskusji - stwierdza ksiądz. - Niektórzy ludzie dopiero po wypiciu jednego, drugiego drinka, stają się odważniejsi i zaczynają rozmawiać o religii, albo krzyczą, że to wszystko jest bez sensu, albo przyznają się do swojej wiary. To są sytuacje otwartości. Właśnie wtedy jest czas na dyskusje.

    Zrobiliśmy kawał dobrej roboty

    Gdyby ks. Tofil miał czas, zorganizowałby w Słupsku pierwsze wspólne oglądanie meczów na terenie parafii.

    - Chciałem na przykład w formie pikniku zrobić takie oglądanie występów polskiej drużyny. Choć wiem, że niejeden niecenzuralne słowo wypowie, to jednak warto coś takiego zrobić. Dla mnie kościół jest miejscem dla wszystkich - opowiada.

    Jakby nie patrzeć, przez kilkanaście lat funkcjonowania parafii św. Jana Kantego ksiądz Tofil wywarł trwałe piętno na ludziach, którzy do niej należą. Bo z pewnością jest wyjątkowy. Poraża otwartością i rozumieniem trudnych spraw. Dlatego na jego pożegnaniu w minioną niedzielę było pełno ludzi. Niektórzy płakali.

    - Tu jest odpowiedź na pana pytanie, dlaczego zostałem księdzem. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że pewnie i błędy były. Jednak te kilkanaście lat to był kawał dobrej roboty z ludźmi na miejscu. I za to im pięknie dziękuję - uśmiecha się ksiądz.

    Czytaj treści premium w Głosie Koszalińskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.gk24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo