Leszek Doliński: Piłki do kosza nigdy nie wyrzucił

    Leszek Doliński: Piłki do kosza nigdy nie wyrzucił

    Rafał Nagórski

    Głos Koszaliński

    Aktualizacja:

    Głos Koszaliński

    - Mam kochającą żonę, mamę, córkę i wnuki, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że koszykówka to moje życie - mówi Leszek Doliński. W tym roku wyjeżdża

    - Mam kochającą żonę, mamę, córkę i wnuki, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że koszykówka to moje życie - mówi Leszek Doliński. W tym roku wyjeżdża na kolejne mistrzostwa świata. ©Radek Koleśnik

    Był rok 1987. Po siedmiu latach gry we Wrocławiu ponownie przyjechał do Koszalina. Z gazety dowiedział się, że AZS znowu zagra w pierwszej lidze. Wrócił i gra tutaj do dzisiaj.
    - Mam kochającą żonę, mamę, córkę i wnuki, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że koszykówka to moje życie - mówi Leszek Doliński. W tym roku wyjeżdża

    - Mam kochającą żonę, mamę, córkę i wnuki, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że koszykówka to moje życie - mówi Leszek Doliński. W tym roku wyjeżdża na kolejne mistrzostwa świata. ©Radek Koleśnik

    Data urodzenia 1956. Życiowa pasja: koszykówka. Do dzisiaj trening co 2-3 dni, a w soboty i niedziele święto - mecz. Choć w jego życiu był moment oficjalnego zakończenia sportowej kariery, choć w latach 90-tych rozwinął sieć sklepów ze sprzętem elektronicznym, a dzisiaj nadal prowadzi działalność gospodarczą, to z koszykówki nigdy nie zrezygnował. Leszek Doliński opowiedział nam o tym, jak wygląda dziś życie jednej z największych gwiazd koszalińskiego sportu lat 80-tych.

    10 centymetrów rocznie
    Już w szkole miał ksywkę "skoczek".
    Skok dosiężny z miejsca 98 centymetrów! To był drugi wynik w kraju. Wypatrzył go trener podczas zajęć lekkoatletycznych na stadionie Bałtyku. Gdy chodził do siódmej klasy, miał już około 180 centymetrów wzrostu i z niesłychaną lekkością pokonywał poprzeczkę zawieszaną coraz wyżej i wyżej. Rósł coraz szybciej. W ciągu roku nawet 10 centymetrów. Szybko zaczął brylować w koszykówce.

    Przebojem wdarł się do reprezentacji Polski, a do dzisiaj wspomina z uśmiechem jak działacze z Wrocławia przyjechali do Koszalina czarnym mercedesem namawiać go na grę na Dolnym Śląsku.

    - Mieszkałem na Władysława IV, a wysłannicy klubu auto zostawili aż w Jamnie, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń - uśmiecha się Doliński, który czasem zastanawia się, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby w 1987 roku nie kupił w Koszalinie gazety z informacją, że AZS wraca do pierwszej ligi.

    - Nie chodzi o to, że czegoś żałuję. Co to to nie, czasami po prostu rozpatruje się różne warianty - wyjaśnia. - Wtedy w głowie pojawiła się taka myśl: jesteś stąd, wróć i tu graj. Tutaj znasz ludzi, tutaj dzieje się coś naprawdę fajnego.

    I zaczęły się wielkie chwile koszalińskiej koszykówki. Ryszard Razik, Krzysztof Wierzbicki, Krzysztof Janicki, Mariusz Mruczkowski, Mirosław Lisztwan, Tomasz Saganowski, Leszek Kropidłowski i wielu innych. - Wcale nie odnosiliśmy gigantycznych sukcesów, zajmowaliśmy w tabeli miejsca w środkowej części tabeli, ale szczególnie na naszym parkiecie bali się nas wszyscy - przypomina jedną z historii, którą wtedy opowiadali sobie w szatni. Drużyna gości jedzie z drugiego końca Polski na mecz do Koszalina, ale w Mostowie wszyscy muszą się zatrzymać na parkingu, bo mają już "pełne portki" przed konfrontacją z naszymi.

    Ci znali swoją wartość. Już na dwie godziny przed meczem słynny koszaliński "kurnik" był wypełniony kibicami. - Teraz mamy nowoczesne hale, ale tę atmosferę naprawdę trudno porównać. To był kocioł, potężne emocje, a kibice siedzieli dwa metry od linii. Teraz, żeby było podobnie, to nasza nowa hala musi być wypełniona w stu procentach. Inaczej czegoś brakuje - wzdycha i przypomina, że był też taki czas, gdy w Koszalinie założył z kolegami Amatorskie Towarzystwo Sportowe. - Za wszystko płaciliśmy z własnej kieszeni, ale hala znowu była pełna.

    Sklepowy biznes
    Karierę kończył w wieku 40 lat grając w Kotwicy Kołobrzeg. - Rywalizowaliśmy w II lidze przy pełnej hali. - O jeden punkt wyprzedził nas w awansie do ekstraklasy Trefl Sopot. Generalnie było jednak tak, że to koszykówka zarabiała na nas, a nie my na niej - uśmiecha się nasz rozmówca.

    Ponieważ Doliński grał w czasach, gdy nikt nie mógł marzyć o bajońskich kontraktach i krociach płynących z reklamy, trzeba było znaleźć dodatkowe źródło dochodu.Pomysł mógł być tylko jeden. Pod koniec lat 80-tych jak grzyby po deszczu wyrastały sklepy, otwierały się nowe możliwości przed przedsiębiorcami, a Polacy łaknęli kontaktu z zachodnią rzeczywistością. Doliński otworzył sklep z elektroniką sprowadzaną z Niemiec. - Wszystko było wtedy pierwsze. Telewizory, radia, później sprzęt satelitarny, odtwarzacze kaset video, magnetowidy. Interes nawet dobrze się kręcił - wspomina.

    Z czasem powstała sieć sklepów, w których każdy mógł kupić "soniaka" od Dolińskiego. Punkty ruszyły na 1 Maja, Harcerskiej i Drzymały, a nazwisko właściciela z pewnością dla niektórych koszalinian było dodatkowym magnesem. - Biznes podupadł w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy Balcerowicz podniósł stopy procentowe. Kredyty stały się droższe, ludzie zaczęli mniej kupować. Sieć zaczęła się zwijać i nigdy już jej nie odbudowałem - wspomina. - Działalność gospodarczą prowadzę do dzisiaj, ale nie jest już ona związana z handlem.

    Wychować reprezentanta
    Z planów pozasportowych ostatnio pojawił się jeszcze jeden. Chociaż i tak wiązał się z tym, na czym Doliński zna się najlepiej. Kandydował do rady miejskiej i gdyby do niej się dostał, chciał stworzyć taki program szkolenia koszykarzy, dzięki któremu wreszcie doczekalibyśmy się wychowanka, który będzie znaczył coś w koszykówce. - Bo proszę spojrzeć: mamy drużynę na poziomie ekstraklasy, mamy grupy młodzieżowe, jest KUKS Koszalin, ale nie doczekaliśmy się zawodnika, który odcisnąłby piętno na tej dyscyplinie sportu. To mnie martwi najbardziej - podkreśla i dodaje: - Wiem jak to zmienić. Może w przyszłości będę mógł wprowadzić mój plan w życie.

    Leszek Doliński z dawnymi kolegami z boiska do dzisiaj spotyka się na parkiecie. - Oni grają w drużynie Betomeksu, ja w Cesie, w amatorskiej lidze koszykówki. Widzimy się więc wciąż dość często, choć oczywiście nie mamy już tylu wspólnych tematów co kiedyś. Jego zdaniem przełożenie sportu na życie osobiste jest niewiarygodne. Dlatego bez wprowadzenia tętna na poziom 170-180 uderzeń nie potrafi długo wytrzymać.

    Mistrzostwa +35
    W 2004 roku Doliński podczas spotkania olimpijczyków z Moskwy w Cetniewie dołączył do ekipy rywalizującej w ramach FIMBA, międzynarodowej organizacji koszykarskiej dla drużyn składających się z zawodników powyżej 35 roku życia. Tutaj również odnosi sukcesy w swoich kategoriach wiekowych. - Jesteśmy mistrzami świata z Nowej Zelandii 2005, wicemistrzami świata z Pragi 2009, brązowymi medalistami Mistrzostw Europy Zagrzeb 2010 oraz aktualnymi wicemistrzami Europy Ostrawa 2014 - wylicza. W sierpniu 2015 wybierze się na Mistrzostwa Świata FIMBA, które odbędą się w USA, w Orlando na Florydzie.

    Wnuki w Bahrajnie
    Prywatnie jest dziadkiem, dzięki córce Marcie Olimpii, której drugie imię nadał, bo urodziła się w dniu rozpoczęcia olimpiady w Moskwie. Z 5-letnią Mają i 3-letnim Maksem widzi się jednak dość rzadko, bo dzieli ich potężna odległość. Na co dzień wnuki mieszkają w Manamie, stolicy Bahrajnu.

    - Ja u nich jeszcze nie byłem, bo pewnie nie zniósłbym tego klimatu. Za to dzieciaki przyjeżdżają do mnie latem, gdy tam jest 45 stopni, a u nas zdecydowanie chłodniej. Latem chłodzą się więc u dziadka w Polsce - śmieje się Doliński. - Proszę sobie wyobrazić, że dla nich świetną zabawą jest bieganie za dziadkiem po trawie, bo tam wszystko otoczone jest betonem i piaskiem.

    Dziadek oczywiście bez problemu nadąża za pociechami, bo wciąż jest w dobrej formie. Wstaje o szóstej rano, bo dłuższe leżenie w łóżku go męczy. Nie zaczyna dnia od gimnastyki, ale od filiżanki kawy, za to w ciągu tygodnia rusza się z pewnością więcej niż niejeden trzydziestolatek. Nigdy nie miał żadnej poważnej kontuzji.

    Czy czuję się spełnionym człowiekiem? Sportowo zawsze można powiedzieć, że mogłem więcej osiągnąć. Mogło być lepsze miejsce na olimpiadzie, wyższe miejsce w lidze, większa liczba średnio zdobywanych punktów w meczach, ale to dzisiaj już nie jest ważne. Jestem szczęśliwy, bo moje ulubione hasło brzmi: przez sport do radości życia.

    Czytaj treści premium w Głosie Koszalińskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (16)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (16) forum.gk24.pl

    Polub nas na Facebooku

    Zdjęcia z Koszalina

    Wideo z Koszalina

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Polecamy

    Pół roku za pół ceny! Świąteczna promocja prenumeraty cyfrowej Głosu Koszalińskiego

    Pół roku za pół ceny! Świąteczna promocja prenumeraty cyfrowej Głosu Koszalińskiego

    SPORTOWY SUKCES ROKU | Zgłosuj na najlepszego sportowca!

    SPORTOWY SUKCES ROKU | Zgłosuj na najlepszego sportowca!

    ŚWIĄTECZNE GWIAZDECZKI  Głosowanie zakończone, przedstawiamy laureatów

    ŚWIĄTECZNE GWIAZDECZKI Głosowanie zakończone, przedstawiamy laureatów