MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Bez pisemnej umowy najmu, bez okresowych przeglądów, zimą bez wody. Tak działał escape room w Koszalinie. Trwa proces w sprawie pożaru

Joanna Krężelewska
Joanna Krężelewska
- Nie spisywałam z Miłoszem umowy, bo mu zaufałam. Z ogrzewaniem mógł podłączyć się do mojego pieca, ale to wymagało kosztownego remontu – zeznała właścicielka budynku, w którym działał escape room „To Nie Pokój”.
- Nie spisywałam z Miłoszem umowy, bo mu zaufałam. Z ogrzewaniem mógł podłączyć się do mojego pieca, ale to wymagało kosztownego remontu – zeznała właścicielka budynku, w którym działał escape room „To Nie Pokój”. Joanna Krężelewska
Amatorszczyzna i bylejakość. Biznes prowadzony po partyzancku. Tak działał escape room „To Nie Pokój”. I to już od samego planu na ów geszeft. Na najem lokalu nie została nawet spisana umowa. - Z Miłoszem ustnie się umówiliśmy – zeznała właścicielka budynku.

Przed Sądem Okręgowym w Koszalinie toczy się proces w sprawie tragicznego pożaru w escape room’ie. W czwartek, 9 lutego, zeznania złożyła właścicielka budynku, który wynajmował Miłosz S. Jej słowa wskazują, że od samego początku był to biznes spod znaku partactwa i tandety.

Właścicielka nieruchomości przy ul. Piłsudskiego 88 ma dziś 77 lat.

- To mój dom, ojcowizna. Mieszkam tu sama. Za domem jest budynek gospodarczy, gdzie mój tata prowadził masarnię. Ten lokal wynajęłam na escape room. Sto metrów kwadratowych. Góra i dół – rozpoczęła zeznania.

- Już w pierwszej rozmowie z mamą Miłosza, który był wtedy w Poznaniu, powiedziałam, że nie stać mnie na naprawy w obiekcie, ale to nie był dla nich problem. Pani Beata zrobiła zdjęcia, przesłała synowi i chcieli wynająć budynek.

Stan lokalu powinien budzić jedno skojarzenie: remont. Owszem, w łazience był luksus w postaci bieżącej wody, ale… nie przez okrągły rok. Zimą, gdy temperatura spadała poniżej zera, woda musiała być zakręcona i spuszczona z rur, by nie zamarzła.
Przedsiębiorca Miłosz S. nie uznał za stosowne dopełniać jakichkolwiek formalności związanych z dokumentami.

- Pomieszczenia przekazałam mu na... „słownej zasadzie”. Pisemnej umowy nie mieliśmy. Miłosz wyjaśnił, że chce tu urządzać gry, a ja się zgodziłam – wskazała seniorka.

- Umówiliśmy się, że najem będzie na czas nieokreślony. Wpłacał mi 1000 złotych miesięcznie na konto. Osobno płacił za media. Biznes prowadziły panie Małgorzata i Beata, a Miłosz był głównie w Poznaniu.

I tak to działało przez ponad rok. W budynku nie było okresowych przeglądów, dotyczących jego stanu technicznego i stanu instalacji. Żaden z najemców nie dopytywał ani o taki przegląd i nie zgłaszał potrzeby przeprowadzenia fachowej kontroli. Prowizorka pozornie się sprawdzała. - Ja uprzedziłam Miłosza, że nie ma ogrzewania. Odparł, że sobie poradzi. Dałam mu dwa grzejniki na prąd. Grzał nimi i butlami z gazem – opisała 77-latka.

Ładny zapach w obiekcie gwarantowały świeczki zapachowe. Ich blask oświetlał ściany, ale... - ...nie widziałam na nich oznaczenia dróg ewakuacyjnych – przyznała koszalinianka.

Wszystko funkcjonowało do czasu.

- 4 stycznia 2019 roku siedziałam w pokoju od ulicy i oglądałam telewizję. Nagle usłyszałam krzyki i hałas. Poszłam do kuchni, żeby zerknąć na podwórze. Było zbiegowisko. Zobaczyłam ogień, poszłam po telefon, żeby zadzwonić po pogotowie i straż pożarną. Sąsiad krzyknął, że wszystkie służby są już powiadomione. Pobiegłam po wąż, który miałam do mycia auta i podlewania ogródka. Okazało się, że jest za krótki, żeby ugasić nim ogień. Po podwórku biegał młody chłopak i krzyczał: „tam są ludzie!”. Zakręciłam kran i z płaczem wróciłam do domu – relacjonowała właścicielka budynku.

Kobieta zadzwoniła po znajomego. Poszła otworzyć bramy wjazdowe dla strażaków. Wróciła do domu. Widziała, jak strażacy podają wodę przez okno płonącego budynku. Po chwili do mieszkania przyszli policjanci, by przesłuchać emerytkę.

- Zrobił się chaos. Mnóstwo obcych ludzi w domu. Policjanci zapytali, czy mogą u mnie przesłuchać prowadzących interes w moim budynku gospodarczym. Pamiętam tylko jeszcze, że raz podeszłam do okna w kuchni. Widziałam, jak strażacy wynoszą za ręce i nogi dziewczynkę - podsumowała.

Przypomnijmy, 4 stycznia 2019 roku w pożarze escape roomu przy ul. Piłsudskiego w Koszalinie zginęło pięć 15-latek - Karolina, Julia, Wiktoria, Małgorzata i Amelia. Jedyne okno w pomieszczeniu gry Mrok, w którym zamknięto dziewczęta, było zabite deskami i okratowane. Nastolatki nie mogły wydostać się z obiektu – od wewnątrz w drzwiach nie było klamki. Zmarły z powodu zatrucia tlenkiem węgla.

Akt oskarżenia obejmuje 30-letniego Miłosza S., projektanta i organizatora escape roomu; Małgorzatę W., jego babcię, która zarejestrowała działalność; mamę Beatę W., która współprowadziła lokal i pracownika Radosława D. Wszyscy odpowiadają za umyślne stworzenie niebezpieczeństwa wybuchu pożaru i nieumyślne doprowadzenie do śmierci pięciu osób, za co grozi do 8 lat pozbawienia wolności.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Szczyt NATO. Ogromne wsparcie dla Ukrainy

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na gk24.pl Głos Koszaliński